Bezradni bohaterowie
08.02.2008
Kiedyś pisały o nim sportowe gazety: „Nie ma chłopaka na Krzysztofiaka”. Wśród skoczków narciarskich był uważany za jednego z najbardziej eleganckich stylistów. To było dawno. A trzy tygodnie temu były mistrz Polski, reprezentant kraju i olimpijczyk, zmarł w Zakopanem w zapomnieniu i nędzy.
Adam Krzysztofiak nie był jedynym mistrzem skoków, który przeżył podobny dramat. Losy nieżyjącego już od lat Zdzisława Hryniewieckiego czy borykającego się z ciężką chorobą Stanisława Bobaka to kolejne dowody, że życie nawet wybitnych skoczków bywa okrutne. W czasach małyszomanii, lukratywnych kontraktów sponsorskich, z których najwybitniejsi zawodnicy czerpią niemałe zyski, łatwo zapominamy o tym, którym się gorzej powiodło. Mamy dla nich co najwyżej od czasu do czasu litościwy gest.
Zrzutka na węgiel
Historyk Wojciech Szatkowski, autor publikacji i książek nt. dziejów polskiego narciarstwa, wspomina: – Bardzo mi go żal. To był miły, spokojny człowiek, w milczeniu znoszący zarówno biedę, jak i chorobę płuc, która nękała go od lat. Odwiedzałem go wiele razy i choć się nie skarżył, widziałem, jak cierpi. Jedno płuco miał praktycznie wyłączone, ledwo oddychał. Każda zmiana pogody, zwłaszcza długotrwała, zabijała go. Wreszcie ta ostatnia zabiła go naprawdę. Trzydzieści i czterdzieści lat temu urodzony pod Krokwią Krzysztofiak nie myślał o tym. Całym jego życiem były skoki.
Mówi Marek Pach, mistrz Polski na dużej skoczni z roku 1976: – Oczywiście, że przyszłość sportowca najbardziej zależy od niego samego. Adam w porę o nią nie zadbał. Ale też nie było tak, że po zakończeniu kariery skoczka został na lodzie. Kilka lat był przecież trenerem w ówczesnym klubie Wisła-Gwardia. Zajmował się też rzemiosłem, rzeźbił w drewnie, inkrustował. Dopiero później przestał sobie dawać radę. Szkoda chłopa. Pamiętam go z czasów, kiedy skakaliśmy razem w kadrze i wszyscy nosiliśmy długie włosy. Bardzo fajny facet, do końca taki został.
Jesienią zeszłego roku na Krupówkach zorganizowano aukcję na rzecz Adama Krzysztofiaka i Stanisława Bobaka, dwóch dawnych skoczków szczególnie ciężko doświadczonych przez los. Jej inicjatorami byli Wojciech Szatkowski i Mieczysław Król Łęgowski, znany w Zakopanem twórca ludowy, rzeźbiarz, poeta i kolekcjoner starych nart.
– Trzeba powiedzieć, że z pomocą ruszyło wiele instytucji i prywatnych osób – mówi Wojciech Szatkowski. Na Krupówkach na rzecz kolegów kwestowali tak znani narciarze jak alpejczyk Andrzej Bachleda „Ałuś”, biegacz Józef Łuszczek czy skoczek Wojciech Fortuna. Pomocy nie odmówił Lech Nadarkiewicz, dyrektor Pucharu Świata w Zakopanem. W ciągu paru godzin zebrano prawie 2 tys. 800 złotych, do podziału na dwóch byłych mistrzów.
– Dla Krzysztofiaka, który mieszkał w zimnicy, w wilgoci i dostawał 420 złotych renty, był to poważny zastrzyk – opowiada Szatkowski. – Kupił sobie półtorej tony węgla i piłę do drzewa. Mógł już przetrwać kolejną zimę.
Dziś mistrzowie mają lepiej. Tak przynajmniej może się wydawać. Wg szacunków Ośrodka Informacji Sponsoringowej „Sponsoring Expert” logo na kasku Adama Małysza kosztuje sponsora 300- 400 tysięcy rocznie. Trudno powiedzieć, jak suma ta jest dzielona, można jednak przypuszczać, że zawodnik, który poważnie myśli o życiu, jest w stanie w ciągu kilku lat zapewnić sobie bezpieczną przyszłość. Nawet 13-letni Klimek Murańka ma już swego sponsora. Trudno się dziwić, że niektórych, kiedy to słyszą, zżera zazdrość. Nie biorą jednak pod uwagę, że kontrakty, na których naprawdę można zarobić, są udziałem jedynie bardzo wąskiej grupy największych gwiazd. Małysz jest przecież w Polsce wciąż tylko jeden.
22 lata na wózku
Marek Pach, obecnie wiceprezes klubu Wisła Zakopane, mówi wprost.
– To mity. Ja twierdzę, że w PRL była lepsza opieka nad zawodnikami niż dzisiaj.
Mógłby to potwierdzać przypadek Zdzisława Hryniewieckiego. Kto dziś o nim pamięta? A przecież kiedyś uważano go za tego, który pierwszy zdobędzie dla Polski złoty medal olimpijski w dyscyplinach zimowych. Po dwukrotnym pokonaniu legendarnego skoczka z NRD Helmuta Recknagla, był jednym z faworytów zbliżającej się olimpiady w Squaw Valley w roku 1960. Stało się inaczej. Na ostatnim przedolimpijskim treningu w Wiśle zwany „Kozakiem” skoczek chciał skoczyć za daleko. Efektem był fatalny upadek, złamany kręgosłup i początkowo bezwład niemal całego ciała. Hryniewiecki nie tylko już nigdy nie wrócił na skocznię. Kiedy zmarł w roku 1981, miał za sobą 43 lata życia, z czego 22 spędzone na wózku inwalidzkim.
– Trzeba przyznać, że Hryniewieckiemu państwo pomogło bardzo – twierdzi Wojciech Szatkowski. – Przede wszystkim Główny Komitet Kultury Fizycznej, którym kierował wówczas Włodzimierz Reczek, znalazł pieniądze na najlepsze leczenie. Poza tym dostał od państwa skodę, którą później jeździł na konkursy skoków. Kiedy się zatrzymywał w Zakopanem pod Krokwią czy w Wiśle, od razu zbiegali się łowcy autografów. Jeszcze przez kilka lat był bardzo popularny.
Rehabilitacja w klinice w Hornbaek w Holandii nie przywróciła Hryniewieckiemu władzy w nogach, bo nie mogła. Jednak na tyle usprawniła górną połowę ciała, że sportowiec był w stanie siedzieć i samodzielnie poruszać się na wózku. Ci, którzy go wtedy znali, twierdzą, że zachował zdumiewającą w jego sytuacji pogodę ducha. Nawet ożenił się ze swą pielęgniarką, którą ujęła siła jego charakteru. Jednak małżeństwo nie wytrzymało próby czasu i skoczek dopiero wtedy się załamał.
– Jego żona marzyła o dzieciach, a to z nim nie było możliwe – opowiada Szatkowski. – Po rozwodzie coś w nim pękło. Coraz częściej bywał zaniedbany, przytył, pojawili się „koledzy”. Zadawał sobie pytanie: „Po co ja żyję”? Wciąż miał dni, w których był taki jak dawniej – tryskający humorem, dowcipny, nie złamany przez los, ale takich chwil było już mniej. Szczerze go podziwiam za to, że mimo kalectwa nie zamknął się w sobie, lecz nadal był otwarty na ludzi. I to jest prawdziwe mistrzostwo Hryniewieckiego.
Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2008/02/08

