Małysz: Czasem czuję się jak dziadek, a wolę być robotem
06.11.2008
Za trzy tygodnie inauguracyjne zawody w Kuusamo. To będzie Pański 15. sezon w Pucharze Świata. Jeszcze ma Pan motywację?
Chęć odnoszenia sukcesów jest nadal ogromna. Niedługo kończę 31 lat, ale na pewno chciałbym jeszcze nie raz udowodnić, że nadal potrafię dobrze startować. W wakacje nie występowałem wiele, ale to nie powinno mieć znaczenia. Często to, co jest latem, nie sprawdza się zimą. W poprzednim sezonie dobrze spisywałem się latem, a zimą było słabo. Praktycznie cały sezon nie miałem ochoty skakać. Wpadłem w spory dół. Teraz mam znowu wielką chęć rywalizacji.
Trenerem został Pana niedawny kolega z kadry Łukasz Kruczek. Jak układa się współpraca?
Pracujemy na bardzo partnerskiej stopie, dzięki czemu świetnie się uzupełniamy. Nigdy nie było między nami zatargów. Łukasz wie, że jeśli zawodnikowi coś nie pasuje, to musi przekazać te uwagi. W poprzednich latach było to ciężkie, głównie za sprawą bariery językowej. Niektórzy też nie mieli nastroju i wręcz trochę obawiali się selekcjonerów. Teraz po prostu od razu idzie się do Łukasza i wszystko mu mówi. Fajnie, że do użytku została oddana skocznia w Wiśle Malince. Dzięki temu nie musieliśmy cały czas wyjeżdżać. Cykl przygotowań był zupełnie inny, niż gdy trenerami był Hannu Lepistoe czy Heinz Kuttin.
A co zmieniło się w przygotowaniach?
Łukasz wprowadził nowości, takie jak wspinaczka czy loty szybowcem. Były zatem elementy kondycyjne i poprawiające psychikę. Sam nadal korzystam z rad psychologa Kamila Wódki. Najważniejsze jednak w treningach było to, że została przerwana monotonia. Wszyscy trenerzy po Apoloniuszu Tajnerze kładli główny nacisk na siłę. Teraz chodzi o to, żeby była świeżość i ten „power” w nogach.
No właśnie. A jak ocenia Pan swoją formę?
Ostatnie skoki na igielicie były udane i z niecierpliwością czekam na śnieg. Chciałbym nabrać mocy w tym sezonie, aby jak najlepiej przygotować się do igrzysk olimpijskich w Vancouver w 2010 roku. Najważniejsze będą mistrzostwa świata w Libercu i Turniej Czterech Skoczni. Nie chciałbym zapeszać i nie będę mówił, że jestem w bardzo dobrej formie. Wszyscy chcemy startować jak najlepiej, a jak będzie, czas pokaże. Ciężko powiedzieć, czy będę startował we wszystkich konkursach. O tym musi zadecydować sztab szkoleniowy. Czasami mówi się, że zawodnik nie może być posłuszny jak robot, ale ja właśnie w tym sezonie chciałbym być takim robotem. Ja wykonuję swoją pracę, a resztę mam ułożoną i o nic się nie martwię. Sztab ustala, gdzie mam startować i jak trenować.
Czy powrót profesora Jerzego Żołądzia do kadry może znowu zaowocować sukcesami jak dawniej?
Mam taką nadzieję i bardzo się cieszę, że znowu z nami jest. Nasza współpraca wygląda bardzo dobrze. Program treningów jest konsultowany z Kruczkiem. Oczywiście cały czas kontaktuję się z profesorem. Dzwonię do niego i zdaję mu relacje z tego, jak się czuję. Badania, które wykonujemy, pokazują, że cały czas mam moc. Na pewno czuję się lepiej fizycznie niż jeszcze kilka miesięcy temu. Teraz treningi są prawie takie same jak za czasów Tajnera.
W kadrze jest Pan najstarszym zawodnikiem. Jak się Pan w tym odnajduje?
Na początku było to dla mnie ciężkie. Czułem się dziadkiem wśród młodych zawodników, ale teraz już wiem, że to są naprawdę fajne chłopaki. Chciałbym im przekazać moje doświadczenia i niejako wziąć ich pod swoje skrzydła. Współpraca układa się dobrze. Teraz podchodzą do mnie jak do Adama, a nie pana Adama. Nie jest już tak jak kiedyś. Wiedzą, że jestem zawodnikiem i mogą walić do mnie o pomoc.
Nie obawia się Pan jednak, że znowu na Panu będzie spoczywała odpowiedzialność?
Nie chcę tego. Latem Łukasz Rutkowski, Maciek Kot i Marcin Bachleda spisywali się dobrze. Ciężko jednak powiedzieć, jak to będzie zimą. W sercu czuję, że wszyscy chcemy jak najlepiej. Atmosfera jest znakomita.
Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2008/11/06

