Zakopane — portal z-ne.pl

Orzeł nie lata, bo zapomina, że najważniejsze są nogi

22.12.2008

Orzeł nie lata, bo zapomina, że najważniejsze są nogi

W Szwajcarii swoje pierwsze punkty do klasyfikacji PŚ zdobył wprawdzie w sobotę Łukasz Rutkowski (był 27.), ale w niedzielę znów mieliśmy tylko Małysza w drugiej serii. Przez całe lata wyniki Adama usprawiedliwiały katastrofalną postawę pozostałych skoczków, ale teraz z każdym tygodniem coraz bardziej będziemy patrzeć na to, co dzieje się za jego plecami.

A źle jest nie tylko z pierwszą drużyną. No bo co można powiedzieć o wynikach Polaków z II-ligowych zawodów Pucharu Kontynentalnego w Libercu, które rozgrywano równolegle z imprezą w Engelbergu. W sobotę najwyżej sklasyfikowanym Polakiem był Andrzej Zapotoczny, zajął 30. miejsce! Dzień później Stefan Hula był 14. Ręce opadają.

Czy w Polsce naprawdę nie ma ani jednego, poza Małyszem, przyzwoitego skoczka, który byłby w stanie w miarę regularnie występować choć w dwóch seriach konkursów PŚ?

– Nie wygląda to dobrze – przyznaje pierwszy trener Adama, jego wujek Jan Szturc. – Wieści, które dobiegały z Ramsau, gdzie kadra A spędziła ostatnie dni, były dość optymistyczne. W Engelbergu okazało się, że Adam zrobił postęp, ale bardzo mały. Tak jak reszta zawodników wciąż popełnia błędy na progu. W momencie odbicia za bardzo rzuca się do przodu. Nogi zostają z tyłu i niema już jak odbić się od progu z pełną mocą. Mówiąc obrazowo, to od nóg powinna zacząć się cała zabawa, a u Adama nogi są na końcu – tłumaczy Szturc, który tym razem nie będzie mógł pomóc swemu byłemu podopiecznemu. – Nawet gdybym chciał potrenować z Adamem na jakiejś małej skoczni, nie byłoby gdzie, bo w Wiśle jest zielono – wyjaśnia szkoleniowiec. Według Szturca, jeśli Małysz także podczas zaczynającego się za tydzień Turnieju Czterech Skoczni będzie w tak słabej formie, trzeba wycofać go z rywalizacji na dłużej i pracować już tylko nad przygotowaniami do lutowych mistrzostw świata.

Gdzie i w czym szukać nadziei? Choćby w wynikach Simona Ammanna i Martina Schmitta. Szwajcar wygrał w sobotę swój czwarty konkurs w tym sezonie i pewnie prowadzi w klasyfikacji generalnej PŚ. W niedzielę był trzeci. Dwukrotny mistrz olimpijski skacze tak równo, że staje się głównym kandydatem do zwycięstwa w TCS. Oczywiście obok Austriaków, Schilerenzauera (wczoraj pierwszy, w sobotę trzeci), Loitzla (dwa razy drugi) i Morgensterna, który skacze w kratkę (szósty i siódmy, wywrotka w niedzielnych kwalifikacjach), ale jest mocny. A przecież Amman, który też młodzieniaszkiem nie jest (27 lat) miał sezony po zwycięstwach w Salt Lake City, w których całkowicie zawodził.

To samo dotyczy czwartego w niedzielę i siódmego w sobotę Schmitta. Niemiec ma na koncie 28 triumfów w PŚ. Ostatnio wygrał jednak 11 marca 2002 r. w Lahti (Małysz był wówczas drugi). Na podium stał rok temu, też w Lahti, ale wcześniej przez pięć lat wiele razy zastanawiał się, czy nie kończyć kariery. A od Adama jest młodszy tylko o dwa miesiące. Wiek nie ma więc aż takiego znaczenia. Liczą się motywacja, technika i jednak trochę szczęścia. No bo jak wytłumaczyć, że kolega z kadry Ammanna Andreas Küttel rok temu wygrał w Engelbergu, a teraz, choć trenuje z tym samym szkoleniowcem co Simon, zawodzi. Skoki naprawdę są nieprzewidywalne. Jedna dobra próba może wszystko odmienić. I tej wersji się trzymajmy. Bo co innego nam pozostało.

Robert Małolepszy

Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2008/12/22