Zakopane — portal z-ne.pl

Serce biegło do przodu, ciało i głowa nie chciały

05.01.2009

Serce biegło do przodu, ciało i głowa nie chciały

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – jakże celne jest to porzekadło w przypadku porównania dokonań naszych zimowych bohaterów, czyli Justyny Kowalczyk i Adama Małysza. Na sąsiedniej stronie cieszymy się z piętnastej lokaty Orła z Wisły w Innbrucku. W tym miejscu nie pozostaje nam nic innego, jak ponarzekać na dokładnie taki sam wynik Justyny Kowalczyk, który Polka osiągnęła w sobotę w Val di Fiemme w biegu na 10 km techniką klasyczną.

– Serce chciało, głowa i ciało nie dały rady – tak nasza zawodniczka podsumowała swój sobotni start na dystansie i w stylu, który uchodzi za jej najlepszy. Bieg na 10 km był przedostatnią konkurencją prestiżowego cyklu Tour de Ski, który, jak Turniej Czterech Skoczni dla skoczków, jest najważniejszą obok mistrzostw świata imprezą sezonu dla biegaczy.

Polka zajmowała przed jego rozpoczęciem szóstą lokatę w klasyfikacji generalnej, bardzo chciała ją poprawić i za to zapłaciła. Zaraz po tym, jak cała grupa ruszyła ze startu wspólnego, na czoło wysunęła się Finka Virpi Kuitunen. Za nią, ze stratą 10 sekund, biegły kolejne trzy czołowe zawodniczki tego sezonu – Kowalczyk, Finka Aino Kaisa Saarinen i Słowenka Petra Majdić. Polka postanowiła jednak gonić Kuitunen i to był błąd, jak później przyznała.

– Kuitunen i Saarinen biegają w tej chwili szybciej ode mnie i bezpośrednia walka z nimi nie była dobrym pomysłem. Przeszarżowałam i zapłaciłam za to w dalszej części dystansu – komentuje nasza biegaczka, która na metę dotarła dopiero na piętnastej pozycji ze stratą 53 sekund do zwyciężczyni, czyli Kuitunen.

Ostatnia, niedzielna konkurencja Tour de Ski to był bieg pościgowy. Zawodniczki startowały w kolejności zajmowanych miejsc w klasyfikacji generalnej turnieju, w odstępach, jakie wypracowały sobie wcześniej. Pierwsza ruszyła Kuitunen, Kowalczyk szósta, prawie trzy minuty po Fince. Ponad dwie minuty przed nią wystartowały Saarinen i Majdić.

W normalnym biegu Polka nie miała żadnych szans, by w ogóle myśleć o doścignięciu choćby Majdić. Ale to nie był bieg, to była prawdziwa górska wspinaczka. Ostatni etap Tour de Ski to wyjątkowo morderczy odcinek. Najpierw pięć kilometrów po w miarę płaskim terenie, ale kolejne cztery to podejście – bo podbiegiem tego nie można raczej nazwać – pod gigantyczną stromiznę, która na co dzień służy do rozgrywania zawodów narciarzom alpejskim. W niektórych miejscach nachylenie stoku dochodzi do 30 stopni.

Justyna Kowalczyk walczyła jak lew. Awansowała z szóstej na czwartą lokatę. Do trzeciej, Majdić, zabrakło jej 46 sekund. W czwartek Polka leci do Vancouver, gdzie za dwa tygodnie odbędą się kolejne zawody PŚ, a za rok igrzyska.

Robert Małolepszy

Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2009/01/05