Adam Małysz: Jest niedosyt, ale jest również radość
17.01.2009
Jest Pan zadowolony ze swojego startu w Zakopanem?
Mogło być trochę lepiej. Jest pewien niedosyt. Moje skoki niebyły tak dobre jak na treningach, czy wcześniej w Lahti. Jest to spowodowane tym, że po pracy, jaką wykonałem w Finlandii, te zawody przyszły dość szybko i to od razu w Zakopanem. Z jednej strony fajnie, bo to moja skocznia, bo tutaj jest wspaniała publiczność. Z drugiej strony właśnie dla tych kibiców człowiek chce skakać jak najlepiej, a jak się za bardzo chce, to czasami popełnia się błędy. I mnie tym razem one też się przytrafiły. Pozostaje mieć nadzieję, że w końcu uda się je na stałe wyeliminować.
Mieliście zmienne warunki do skakania. Czy ten konkurs to była loteria?
To była bardzo duża loteria.
Mówi Pan, że odczuwa niedosyt, ale przecież wrócił Pan do walki z najlepszymi skoczkami świata.
To powinno cieszyć. To akurat jest miłe uczucie. W tym konkursie na wszystkim zaważył drugi skok, który był słabszy w moim wykonaniu. Trochę spóźniłem odbicie i nie poleciałem tak, jak choćby w czwartkowych treningach. Spokojnie, będzie lepiej.
Zwyżkę formy jednak widać. Co zatem dostrzegł Hannu Lepistoe, a czego nie widzieli polscy trenerzy?
Różnica jest taka, że Hannu to wielki autorytet. Jak mówi, że coś mam zrobić, to po prostu robię. Z Łukaszem Kruczkiem natomiast często dyskutujemy. Gdy przyszedł duży dołek formy, to potrzebowałem chyba takiego bicza, trenera z dużym autorytetem.
Konkurs w Zakopanem był wyjątkowy, bo nie tylko Pan, ale również sześciu innych polskich zawodników awansowało do finałowej serii zawodów turnieju Pucharu Świata. To historyczne osiągnięcie. Jest Pan dumny z młodszych kolegów?
Oczywiście. Nawet śmialiśmy się we własnym gronie, że spiker krzyczał o kolejnych rekordach pobijanych przez polskich kibiców, a zapomniał powiedzieć, że rekordem jest również to, że siedmiu Polaków weszło do finału. Tego chyba jeszcze nie było, a przynajmniej czegoś takiego sobie nie przypominam.
Czy po ostatnich słabszych startach nie bał się Pan trochę, że nie będzie kompletu kibiców na trybunach?
Ludzie, którzy tutaj przyjeżdżają, robią to, by poczuć atmosferę wielkich zawodów. Oni wiedzą, że zawsze robię wszystko, żeby ich zadowolić. Kibice zdają sobie jednak sprawę, że nie zawsze wszystko wychodzi. Człowiek jest przecież tylko człowiekiem.
Pożegnał Pan myśl o zakończeniu kariery? Wspominał Pan o tym po Turnieju Czterech Skoczni w Garmisch- Partenkirchen.
To był dla mnie bardzo trudny moment, stąd tamte słowa. Kiedyś, gdy zajmowałem jedenaste miejsce, to byłem mocno rozczarowany. Tymczasem w Garmisch-Partenkirchen było bardzo słabo. Przecież nie awansowałem nawet do finałowej serii. To był dla mnie cios i stąd myśli, że może już nie będę w stanie skakać daleko. Z drugiej strony pamiętałem, że w Oberstdorfie na treningach skakałem dobrze. Teraz, po pracy wykonanej w Lahti i tym ósmym miejscu tutaj, nie myślę już o zakończeniu kariery. Na pewno jeszcze trochę poskaczę.
Powiedzieli po konkursie
Wolfgang Loitzl (Austria):
Przed sezonem chciałem wygrać chociaż jeden konkurs, teraz mam już na koncie cztery zwycięstwa. I tak naprawdę to nie wiem, jak to robię… Wiem tylko, że lepiej skacze mi się w konkursach, niż podczas treningów czy kwalifikacji. Widocznie potrzebuję większej motywacji.
Gregor Schlierenzauer (Austria):
Jurorzy wykonali dobrą robotę ustawiając belkę tak, a nie inaczej, bo wiatr rzeczywiście był silny.
Martin Schmitt (Niemcy):
Jestem bardzo zadowolony ze skoków i miejsca, które zająłem. Adam Małysz też przełamie kryzys i jeszcze zobaczycie go na podium.
Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2009/01/17

