Zakopane — portal z-ne.pl

Mateja, powiernik Małysza: Z Adamem gadamy o życiu

22.01.2009

Mateja, powiernik Małysza: Z Adamem gadamy o życiu

Wszystko wskazuje na to, że już wkrótce powstanie „Team Małysz”. Na czele zespołu, który będzie pomagał Adamowi, stanie trener Hannu Lepistoe. Dla Pana też znajdzie się w nim miejsce?

Nie mam pojęcia i na razie nie chciałbym tej sprawy w ogóle komentować. Zostańmy przy tym, że mam swoje obowiązki w reprezentacji i staram się z nich wywiązywać jak najlepiej.

Logika podpowiada, że na współpracę jesteście mimo wszystko skazani. Z Adamem znacie się od lat, jesteście przyjaciółmi. To nie dlatego przed konkursami w Zakopanem pojechaliście razem do Lepistoe do Lahti?

Myślę, że między innym dlatego. Przez całą karierę mieszkaliśmy razem w jednym pokoju na zgrupowaniach oraz zawodach i nigdy nie było między nami kłótni. Po wycofaniu się z Turnieju Czterech Skoczni Adam potrzebował spokoju. I chyba w Lahti się wyluzował. Nie tylko tam trenowaliśmy, ale też mogliśmy sobie szczerze pogadać. Nie tylko o skokach, ale również o życiu.

I co usłyszał powiernik mistrza? Rzeczywiście myślał o zakończeniu kariery po feralnym konkursie w Garmisch-Partenkirchen, gdy nie zakwalifikował się nawet do drugiej serii?

Akurat w Ga-Pa mnie nie było, więc nie wiem, co mówił zaraz po konkursie. Na pewno jednak bardzo mocno przeżył ten występ. W Lahti jednak wróciło mu dobre samopoczucie. To było bardzo fajne zgrupowanie. Nabrał wiary, zmienił mentalne podejście i pierwsze efekty było już chyba widać.

Na razie tylko na treningach. Gdy w Zakopanem skoczył 136 metrów, pomyślał Pan: „To jest to. Wrócił.”?

Prawie. To już był skok jak za dawnych dobrych czasów. Zresztą może w konkursach też byłoby lepiej, gdyby nie złapała go infekcja.

Małysz zdąży wyzbierać się do mistrzostw świata w Libercu?

Wiem jedno: Adam jest ambitny. Jego nie zadowala miejsce w dziesiątce. Interesują go wyłącznie medale.

Pan nie żałuje, że już skończył karierę? Spełnia się Pan w roli trenera?

To fajna robota, chociaż nie jest łatwo. Pracuję ciężej niż jako zawodnik. Wyjazdów jest więcej, a czasu mniej. Nie ma żadnych wymówek. Skoczek może mieć słabszą formę i odpuścić zawody. Ja takiej możliwości nie mam. Trzeba jechać, gdzie każą. W domu bywam rzadko.

Młodzi zawodnicy bardzo chwalą sobie współpracę z Panem.

Miło to słyszeć. Mnie też się z nimi dobrze pracuje. Rozumiemy się bardzo dobrze, jesteśmy przecież kolegami. Staram się im podpowiadać, dzielę się doświadczeniami.

Czasem Pan jeszcze bierze narty, wychodzi na górę i skacze?

Zimą jeszcze się nie udało. Brakuje czasu. Ale latem skakałem na igelicie na nowej skoczni w Wiśle.

I jaka była forma?

Zaskakująco dobra. Skoczyłem pięć razy, z czego cztery ponad 120 metrów, a raz nawet 128. Trzy rozbiegi wyżej od chłopaków, ale jakoś szło. Tylko kondycji zaczęło brakować. Szybciej się męczę.

Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2009/01/22