Małysz otarł się o podium
26.01.2009
Skoczek z Wisły po pierwszej serii konkursu Pucharu Świata na olimpijskiej skoczni w Vancouver – Whistler był czwarty – ex aequo z Norwegiem Andersem Jacobsenem.
W drugiej nie spalił się psychicznie. Wytrzymał wielką presję, skoczył 135,5 m i zrobił coś, czego nie oglądaliśmy już od bardzo dawna: uniósł w górę kciuk i szeroko się uśmiechnął. Był pierwszy. Wprawdzie tylko przez chwilę, ale zawsze. O podium się otarł; zawody skończył na 4. pozycji. Dostał za nie jednak coś ważniejszego od pucharu: pewność, że współpraca z Finem Hannu Lepistoe przynosi spodziewane efekty. Z czyjej pomocy korzysta Gregor Schlierenzauer – nie wiadomo, ale nie można wykluczyć, że są to specjaliści z NASA. Opis jego rywalizacji z resztą stawki można teraz zawrzeć w jednym zdaniu: rywale skaczą, on lata.
19-letni Austriak wygrał oba konkursy na olimpijskiej skoczni i został nowym liderem klasyfikacji generalnej PŚ. W sobotę wręcz zdeklasował konkurencję, a wczoraj ustanowił niebywały rekord nowego obiektu. Skoczył 149 metrów, z gracją lądując na niemal płaskiej części zeskoku. O siedem metrów poprawił... swój własny rekord ustanowiony 24 godziny wcześniej.
– Jeśli Gregor chce mi zabrać w Kanadzie koszulkę lidera, to niech ją bierze. Najważniejsze, żebym miał ją z powrotem na koniec sezonu – mówił w ubiegłym tygodniu Szwajcar Simon Ammann, który na szczycie klasyfikacji generalnej znajdował się od pierwszych zawodów w fińskim Kuusamo.
Nawet jeśli mówił szczerze, to w Kanadzie mina mu zrzedła. Nie skakał źle – przedwczoraj był 4., w niedzielę 6. – niemniej w tej chwili 19-letniemu Schlierenzauerowi nikt nie jest w stanie, nomen omen, podskoczyć.
– Bardzo się cieszę, że wygrałem na skoczni, na której za rok będziemy walczyć o olimpijskie medale. Jestem z siebie naprawdę zadowolony – uśmiechał się po sobotnim konkursie Austriak.
Austriackie media zgodnie nazywają go „Orłem”, mimo że rok temu ta ksywka zarezerwowana była dla Thomasa Morgensterna. Dzieje się tak nie bez kozery, choć zdobywca Kryształowej Kuli wraca do wielkiej formy. Wczoraj był drugi.
Zawody na skoczni usytuowanej w kompletnej głuszy w miejscowości Whistler (tu rozgrywana będzie część konkurencji podczas ZIO 2010), obserwowała garstka widzów. Kamery często wychwytywały jednak kibiców w biało-czerwonych strojach i szalikach z napisem „Polska”. Kanadyjska Polonia z pewnością nie była zawiedziona. W sobotę Małysz wprawdzie tylko powtórzył swoje najlepsze – do wczoraj – osiągnięcie z tego sezonu, ale udowodnił sobie i innym, że jego dyspozycja stopniowo się poprawia. Ósma lokata miała bowiem o wiele większą wartość niż identyczny rezultat osiągnięty przez niego tydzień temu w Zakopanem. Polak uzyskał 132 i 133,5 m. Od Austriaka Wolfganga Loitzla, który zajął 2. pozycję, dzieliło go już naprawdę niewiele (136,5 i 135,5 m).
– Dla Adama to były udane konkursy. Jak sam mówił, w sobotę brakowało mu jeszcze swobody i nadal za bardzo kontrolował skok, ale w niedzielę wyglądało to już bardzo dobrze – opowiadał po zawodach trener kadry Łukasz Kruczek. Jego zdaniem na pochwałę zasłużył również Kamil Stoch, który zajął 19. i 24. lokatę. Polska ekipa żałowała jedynie, że nie potwierdziły się obserwacje, jakoby olimpijski obiekt był podobny do nowo wybudowanego w Wiśle–Malince.
– Szkoda, bo to bardzo ułatwiłoby przygotowania – mówił szkoleniowiec reprezentacji. – Skocznia w Whistler posiada charakterystyczny, bardzo krótki próg. Po za tym jest umiejscowiona w dosyć otwartym terenie, przez co może być narażona na wiatr – dodał Kruczek.
Po konkursach w Kanadzie Kruczek razem z Małyszem wracają do Polski. Reszta kadry (Marcin Bachleda, Stefan Hula, Stoch i Piotr Żyła) z trenerem Zbigniewem Klimowskim wyruszy do Japonii. Następne konkursy PŚ zostaną rozegrane w Sapporo.
Przemysław Franczak
Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2009/01/26

