Zakopane — portal z-ne.pl

Piąta perła w koronie Adama

21.02.2009

Piąta perła w koronie Adama

Osiem lat temu karty w czasie rywalizacji na skoczni w Finlandii rozdawał Małysz – wschodząca gwiazda skoków narciarskich i Martin Schmitt – wówczas skoczek numer 1 na świecie. Polak zgarnął złoty łup na skoczni normalnej, nokautując rywali w drugiej próbie, w której osiągnął 98 metrów. Niemiec był lepszy na dużym obiekcie.

Dwa lata później w Val di Fiemme Małysz nie miał już sobie równych. Na skoczni normalnej prowadził po pierwszej serii i wygrał z Norwegiem Tommym Ingebrigstenem z przewagą 13 punktów. Na dużym obiekcie walka była bardziej zacięta – po pierwszym skoku pierwszy był Matti Hautamaeki, ale druga seria należała do Polaka, który o 2,5 punktu okazał się lepszy od Fina. Wreszcie przyszły mistrzostwa świata w Sapporo w 2007 roku. Złość Małysza po czwartym miejscu na dużej skoczni przerodziła się w wybuch radości po konkursie na skoczni normalnej, na której Polak okazał się lepszy od Szwajcara Simona Ammanna aż o 22 punkty.

– Gdy dzisiaj patrzę na te cztery złote medale, to zdecydowanie najbardziej cenię sobie ten ostatni. O wiele trudniej było potwierdzić przynależność do światowej elity, niż się do niej wedrzeć – mówił Małysz wczoraj w wiosce, gdzie mieszkają ekipy. – W Lahti to wszystko było takie nowe, działo się po raz pierwszy.

Val di Fiemme przyszło też szybko. Jechałem tak naładowany sportową złością. Nie wygrywałem w Pucharach Świata, ale zostałem wybrany Sportowcem Roku. Docierały do mnie zarzuty – dlaczego właśnie on, za co ten wybór? Bardzo chciałem pokazać wszystkim, że zasługuję na takie wyróżnienie. I udało się.

Na kolejne złoto musiałem czekać cztery lata. W tym czasie przeszedłem długą drogę – nie miałem medalu na mistrzostwach w Oberstdorfie i igrzyskach w Turynie. Zrozumiałem, że nie zawsze można być na szczycie, lecz bardzo chciałem tam wrócić. Pamiętam, że po konkursie na dużej skoczni byłem wściekły, nie chciałem z nikim rozmawiać, chciało mi się płakać. Za czwarte miejsce nikt przecież nie daje medalu. Jednak już na drugi dzień rano wstałem z wielką wolą walki i zwycięstwa na skoczni normalnej. Gdy się udało i Ammann z Morgensternem nosili mnie na ramionach po konkursie, to byłem bardzo szczęśliwy, choć wciąż uważam, że złoty medal mistrzostw globu powinien dostawać zwycięzca klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. To jest prawdziwy mistrz świata, który prezentuje równą, wysoką formę przez cały rok. W czasie mistrzostw świata wszystko zależy od jednego lub dwóch skoków i czasami mistrzem może zostać ktoś, do kogo uśmiechnie się los, a raczej wiatr. W Libercu także nie musi wygrać faworyt. Przebudowana niemal całkowicie skocznia normalna jest ładnym, choć trudnym obiektem.

– Na papierze obiekt wygląda normalnie, jak profile wielu skoczni na świecie, ale w praktyce nie jest łatwo tutaj daleko skoczyć – uważa trener polskiej kadry Łukasz Kruczek. – Wszystko przez bardzo wysoką bulę, którą trudno przelecieć. W czasie treningów przekonał się o tym m.in. doświadczony Japończyk Takanobu Okabe, który zaliczył tylko 47,5 metra. Taka skocznia preferuje zawodników o mocnym odbiciu. Dla nas to akurat dobrze.

O medalu Małysza w Libercu nikt nie chce głośno rozmawiać, choć wszyscy marzą o sensacji i piątej perle w koronie dla „Orła z Wisły”. Spotkany przeze mnie w drodze ze stołówki do hotelowego pokoju Hannu Lepistoe, od kilku tygodni osobisty trener Małysza, listę kandydatów do medalu zaczął od Norwega Andersa Jacobsena, choć ten w treningach spisywał się przeciętnie. Potem Fin wyliczał: Ammann, Schlierenzauer, Loitzl, Morgenstern, Olli, Larinto, Wasiljew…

– Małysz? Dwa lata temu byłem zdecydowanie spokojniejszy o formę Adama, ale proszę, nie przekreślajcie go. Te warunki w Libercu – padający śnieg, tylni wiatr – mogą być jego sprzymierzeńcem – twierdzi Lepistoe, który w Libercu musi martwić się nie tylko o dyspozycję Małysza, ale i o swoje zdrowie, bo od kilku dni jest przeziębiony.

Pytanie tylko, czy pogoda „pod Małysza” utrzyma się do jutra, gdy mają zostać rozegrane kwalifikacje i konkurs. Oficjalnie ma nastąpić zdecydowana poprawa, ale patrząc na czeskie niebo, trudno w to uwierzyć. W czwartek w śnieżycy panującej na skoczni rywalizowały po raz pierwszy w czasie mistrzostw świata panie (organizatorzy umieścili tę konkurencję w programie w miejsce drużynowego konkursu na skoczni normalnej). Historyczną złotą medalistka została 24-letnia Amerykanka Lindsey Van (skoczyła 89,0 i 97,5 metra).

– Chyba jestem za stary na takie nowości – śmiał się Hannu Lepistoe poproszony o ocenę konkursu kobiet.

Maciej Plich - Liberec, Czechy

Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2009/02/21