Liberec to wcale nie czeski film
24.02.2009
Liberec nie jest zimowym kurortem, jakich wiele w Austrii, Francji czy Szwajcarii. To przemysłowe miasto liczące ponad 100 tys. mieszkańców, które kilkanaście lat temu zamarzyło o organizacji mistrzostw świata. Światowa Federacja Narciarska (FIS) długo spychała kandydaturę Liberca na boczny tor. Lepsze było Lahti, Val di Fiemme, Oberstdorf, Sapporo. Cierpliwość Czechów została jednak nagrodzona. Światowe władze narciarskie dały szansę Libercowi, ale wkrótce zaczęły tego żałować. Czesi zamiast budować nowe obiekty, kłócili się o władze i wpływy w komitecie organizacyjnym. Ostatecznie na jego czele stanęła gwiazda światowych biegów narciarskich Katerina Neumannova i zaczął się wyścig z czasem. Jeszcze jesienią ubiegłego roku, gdy odwiedzałem Liberec, wydawało się, że Czesi nie mają szans zdążyć z przygotowaniem mistrzostw. A jednak obawy, że impreza będzie jednym wielkim czeskim filmem, nie sprawdziły się.
– Jesteśmy bardzo mile zaskoczeni tym, co przygotowali gospodarze – mówi Annemarie Friedrich, przedstawicielka Światowej Federacji Narciarskiej. Rozmawialiśmy u podnóża skoczni Jested. Na obiekcie imponują niemal pionowe trybuny i nie jest to jedyna specjalnie na mistrzostwa przygotowana konstrukcja. Wiele jest mostów, schodów, kładek skręconych ze stalowych elementów i oplatających Jested. Funkcjonalny jest także stadion biegowy z ciekawie wytyczonym i trasami, które dają kibicom możliwość dokładnej obserwacji walki. A kibiców w Libercu nie brakuje, tylko przez pierwsze cztery dni zmagania obserwowało 80 tys. widzów. Najefektowniej prezentuje się centralny plac miasta z neorenesansowym ratuszem, gdzie wieczorami odbywają się medalowe ceremonie oraz… centrum prasowe położone w budynku mieszczącym jedno z treningowych lodowisk Białych Tygrysów z Liberca w nowoczesnej Tip-Sport Arena. Tylko podróżując z jednego miejsca do drugiego, lepiej zamknąć oczy. Liberec nawet mocno zasypany śniegiem straszy socjalistycznymi budynkami oraz wąską drogą na skocznię, którą lepiej pokonać na piechotę, niż czekać na łaskawość kierującego wahadłowym ruchem.
Tutejsze gazety, poświęcają dziś trochę miejsca biegowi Justyny Kowalczyk na 15 km, ale odnotowali także przepychanki pijanych polskich kibiców z ochroniarzami na skoczni w czasie sobotniego konkursu. Wszystko to tonie j w lawinie artykułów o porażce Lukasa Bauera w biegu łączonym na 30 km, już drugim złotym medalu Todda Lodwicka w kombinacji norweskiej oraz austriackiej dominacji na skoczni.
Niewiele miejsca polskiej mistrzyni świata poświęca za to codzienna gazeta wydawana na czas mistrzostw – „Raport”. W niedzielę jej dziennikarze odwiedzili kampus Harcov, gdzie mieszkają zawodnicy, by spotkać się z Kristin Steirą – wicemistrzynią świata. Może i szukali Justyny Kowalczyk, ale ta po pierwsze tam nie mieszka, a po drugie w niedzielę trenowała w Jakuszycach. Do Liberca wróciła w poniedziałek przed południem, by jeszcze trochę odpocząć, zregenerować się i we wtorek znów ruszyć na trasy.
Maciej Plich - Liberec, Czechy
Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2009/02/24

