Małysz wrócił na podium
11.03.2009
Na podium stanął po dwóch latach przerwy. Uśmiechnięty od ucha do ucha. Doprowadził do tego w zapierających dech okolicznościach. Po I serii mało kto byłby gotów postawić złotówkę, że taki wariacki scenariusz ma szansę się spełnić. Orzeł z Wisły skoczył 119 metrów i zajmował dopiero 12. pozycję. W decydującej próbie szeroko rozłożył jednak skrzydła i pofrunął jak za dawnych lat. 127 metrów. Najdłuższy skok drugiej serii. Potem niecierpliwie obserwował, jak odpadają kolejni rywale. Przeskoczyli go jeszcze tylko niespodziewany zwycięzca Japończyk Takanobu Okabe i Szwajcar Simon Ammann.
– Na tym obiekcie zawsze dobrze skakałem i mam nadzieję, że nastąpi tu przełom i zajmę dobre miejsce – mówił przed konkursem Polak, cytowany przez serwis internetowy skijumping.pl. – Nawet jak mi nie szło na innych skoczniach, to tutaj wyniki były przyzwoite – przekonywał.
Mimo trudnego początku, wiedział, co mówi. Za jego plecami – po raz pierwszy od bardzo dawna – znaleźli się Gregor Schlierenzauer, Wolfgang Loitzl, Thomas Morgenstern i Martin Schmitt. Wróciły stare, dobre czasy? Kto wie, choć konkurs w Kuopio w żadnym wypadku nie był wymiernym testem aktualnej formy zawodników.
Wczoraj na skoczni Puijo działy się rzeczy naprawdę dziwne. W pozornie stabilnych warunkach próby znakomite przeplatały się z zupełnie nieudanymi. Karty rozdawał wiatr. Z jednej strony mieliśmy fenomenalny skok Fina Harriego Olli (130,5 m i pozycja lidera po pierwszej serii), a z drugiej rozczarowane spojrzenia takich tuzów jak Niemiec Schmitt i Austriak Schlierenzauer (po 116,5). Szybko stało się więc jasne, że ten drugi, lider klasyfikacji generalnej PŚ, nie wyrównana razie rekordu Janne Ahonena i nie wygra po raz dwunasty w sezonie. W tych warunkach wynik Małysza z I serii trzeba uznać za niezły rezultat. Tym bardziej że niewiele dalej lądowali Morgenstern i Ammann. To było o tyle niespodziewane, że „Simi” zachwycił wszystkich w serii próbnej, w której niewiele zabrakło mu do pobicia rekordu obiektu (135). Pierwszy skok w konkursie miał jednak o 16 metrów krótszy.
Tego, co stało się później, nikt się nie spodziewał. I on, i Małysz błysnęli. Reszta miała problem, żeby przeskoczyć 115 metrów. Dokładnie taką odległość osiągnął prowadzący Olli i rozstał się z marzeniami o sukcesie – był czwarty. Jego rodak Kalle Keituri spadł jeszcze głębiej, bo z miejsca drugiego na piętnaste. A kiedy łkał z żalu za utraconą szansą, Małysz mógł płakać ze szczęścia. Nie było już utyskiwań na pecha i „wiaterek, który kręcił w powietrzu”, prowokujących jedynie do ironicznych komentarzy. Był za to szeroki uśmiech starego mistrza.
– To mój wielki sukces – skomentował swój występ Małysz, który w ostatnich miesiącach walczył z sobą, kryzysem formy i krytyką. – Oby takich udanych skoków i konkursów było jak najwięcej – wyraził życzenie i poszedł cieszyć się razem z swoim trenerem, Finem Hannu Lepistoe.
Pozostali Polacy nie zachwycili. Stefan Hula był 26., a kompletnie zawiódł Kamil Stoch. 21-letni zakopiańczyk skoczył zaledwie 98 m i nie zakwalifikował się do drugiej serii.
Do końca sezonu zostały jeszcze cztery konkursy indywidualne i dwa drużynowe. Następne zawody w norweskim Lillehammer. To będzie piątek, trzynastego. Jednak Małysz się nie boi. Bo znowu ma szczęście.
Przemysław Franczak
Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2009/03/11

