Gmina Bukowina Tatrzańska wyrosła na centrum narciarskie
30.03.2009
Z takiego obrotu sprawy cieszą się głównie właściciele wyciągów. To oznacza dla nich pieniądze. Wiele stacji i wyciągów nie zawiesiło jeszcze działalności, bo jazda na orczyku czy krzesełku to często jedyne źródło dochodu i trzeba zapracować nie tylko na następną zimę, ale także na tak zwany martwy sezon, kiedy w górach nie ma gości. To czas od połowy kwietnia do połowy czerwca i od października do połowy grudnia.
Tegoroczny sezon nie zapowiadał się dobrze, bo wystartował późno. Prawie równocześnie z rozpoczęciem ferii. Teraz właściciele odrabiają straty.
– Nadal pracujemy i tak będzie jeszcze co najmniej przez dwa tygodnie. Chyba że spadnie ciepły deszcz – mówi Tomasz Majchrowicz ze spytkowickiego Beskidu. – W tym sezonie uruchomiliśmy kolej krzesełkową. Czy było to potrzebne? Oczywiście. Narciarze przyjadą do nas pod warunkiem, że będą mieli wygodę. Wielu z nich twierdzi, że orczyk to przeszłość. Wróciło więc na nasz stok sporo osób, które jeździły na stacjach, gdzie właśnie było krzesło. Chwalą nasz pomysł i gratulują nam. Sezon ten uważam za udany. Nawet bardzo, ale nie chcę do końca zapeszać, więc odpukuję.
Tylko z tego jednego przykładu widać, że każda modernizacja, często bardzo kosztowna, opłaca się, bo ludzie wracają i doceniają, że gospodarze mają na względzie ich wygodę. A właściciele wyciągów wiedzą, że wygoda gości to ich większy zarobek. Wiele stacji z roku na rok dokonuje więc niezbędnych zmian. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się te, które mają u siebie... przynajmniej jedno krzesło i dobre zaplecze.
Na centrum narciarskie wyrosła w tym sezonie gmina Bukowina Tatrzańska, która wspólnie z Białką tworzy kompleks narciarski (działa tutaj łącznie ponad 40 wyciągów – w tym krzesełka 2-, 4- i 6-osobowe, orczyki pojedyncze i podwójne oraz talerzyki, na niektórych można jeździć na wspólnym ski-passie), a otwarcie w tym sezonie kolejnej kolei krzesełkowej: Rusin-ski oraz basenów termalnych dopełniło całości.
Nic dziwnego, że w okresie ferii zimowych trudno było w tej gminie zdobyć nocleg (chociaż cena minimalna za łóżko podskoczyła z 15 zł w sezonie 2007/08 do minimum 30 zł w sezonie 2008/09). Ale i tak niektórzy gazdowie narzekali, iż trzeba przenieść warszawskie ferie na termin późniejszy, bo akurat w tym roku wypadły one dwa tygodnie po świątecznej przerwie.
– A warszawiacy zostawiają pod Tatrami sporo kasy – mówi jeden z właścicieli bukowiańskich wyciągów. – Ile zarobię w ciągu dnia? W sezonie, kiedy wyciąg kręci od godziny 9 do 23, to dziennie nawet ponad cztery tysiące, ale muszę z tego zapłacić obsługę, konserwację i oczywiście odłożyć na później. To jest i dużo, i mało. Mamy wyciąg rodzinny, więc wszystko zostaje w domu. Pracujemy na własny rachunek. Polskie Koleje Linowe też nie mogą narzekać na zły sezon. Kolejki kręcą się na okrągło. Chętnych do jazdy na Kasprowym Wierchu, w kotłach Gąsienicowym i Goryczkowym nie brakuje. Pełną parą pracuje wyciąg orczykowy na górnej polanie Gubałówki. Tak samo jest w Szczawnicy, na Palenicy i Szafranówce.
– Sezon narciarski zbliża się do końca – mówi kierownik szczawnickiego PKL Stefan Zachwieja. – Ten sezon był dla kolei linowej „Palenica” średnio udany, bowiem śnieżenie tras zaczęło się dopiero w grudniu, a pierwsi narciarze pojawili się pod koniec grudnia. Dobry był natomiast styczeń, luty i oczywiście marzec. Z oferty narciarskiej skorzystały tysiące narciarzy, a także turystów. Ci ostatni wyjeżdżali na Palenicę i Szafranówkę podziwiać panoramę na uzdrowisko, Tatry i Beskid Sądecki.
Jak to zwykle bywa, z dobiegającego powoli końca sezonu narciarskiego raczej zadowoleni są narciarze, a właściciele mają zdania podzielone. Widać trudno wszystkim dogodzić.
Danuta Górszczyk
Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2009/03/30

