Firmy walczą o pracownika
15.01.2008
– Jest tragicznie, pracowników brakuje. Trzymam w firmie kilka osób, choć nie jestem do końca zadowolony z ich pracy – potwierdza Andrzej Wierzbowski ze stolarskiej firmy ZPU z Warszawy, wykonującej m.in. szalunki na budowach. – Coraz częściej myślę o zamknięciu firmy – zdradza przedsiębiorca.
Z raportu opracowanego przez znaną firmę doradczą KPMG na zlecenie organizacji przedsiębiorców PKPP Lewiatan wynika, że co piąta firma rezygnuje ze świadczenia niektórych usług, bo nie ma komu ich wykonywać, a 14 proc. firm twierdzi, że rezygnuje z udziału w przetargach, bo wie, że nawet jeśli wygra, nie będzie w stanie się wywiązać z obowiązków.
Problemy wynikające z braku rąk do pracy rosną lawinowo i zaczynają realnie zagrażać bytowi wielu polskich firm. Kilka dni temu pisaliśmy o sulejowskim Moteksie, fabryce szyjącej bieliznę dla Triumpha, która odrzuciła lukratywny kontrakt z włoską firmą Desire Styl, bo brakuje jej szwaczek, które byłyby w stanie uszyć zamówioną bieliznę. Szef firmy, Włodzimierz Motyka twierdzi, że z powodu braku pracowników jego firma zarobiła w 2007 r. o 30 proc. mniej niż przed rokiem.
Jak wynika z badań KPMG, w tej chwili na rynku najbardziej brakuje wykwalifikowanych robotników, osób z wykształceniem zawodowym i średnim kierunkowym. Ich brak sprawia problemy w ponad 70 proc. firm. Nieco łatwiej znaleźć pracownika po studiach, ale i w tym wypadku aż 63 proc. firm twierdzi, że ma do czynienia z brakiem osób o takich kwalifikacjach.
Najtrudniej jest znaleźć osoby chętne i zdolne do pracy w handlu i usługach – w ostatnim roku niedobór kandydatów do pracy w tych sektorach zwiększył się aż o 22 punkty procentowe.
Główną przyczyną tak dramatycznych zmian na rynku pracy jest emigracja. GUS szacuje, że od maja 2004 r. do końca 2006 r. do pracy na terenie Unii Europejskiej wyemigrowało około 1,5 miliona pracowników. I wyjeżdżają nadal, chociaż już w zdecydowanie mniejszym stopniu, bo mocny złoty znacznie zmniejszył atrakcyjność zarabiania za granicą.
Wyjazd nadal opłaca się tak poszukiwanym w Polsce wykwalifikowanym robotnikom z branży budowlanej. W Norwegii czy Szwecji za swoją pracę mogą dostać nawet do 9 tys. zł miesięcznie. W Polsce – zwykle w granicach 3 tys. zł, przynajmniej legalnie. Nielegalnie nawet dwa razy więcej, bo niektóre firmy budowlane, przyciśnięte do muru przez odpływ pracowników, zdecydowały się przywrócić starą zasadę płacenia znacznej części wynagrodzenia „pod stołem”.
Jednak na Zachodzie nie tylko legalnie zarabia się więcej, może być też oryginalniej, czasem wręcz szokująco inaczej niż w Polsce. Nietypowe zajęcia proponują na przykład Holendrzy, którzy szukają w Polsce osób do pracy na plantacji marihuany. Za pielęgnację zielonych liści można dostać tyle samo, ile za zrywanie ogórków, czyli 7,24 euro na godzinę.
– Pracowałem na takiej plantacji w ubiegłe wakacje. Przycinałem liście, podlewałem, nawoziłem – mówi Przemek z Łodzi. – Praca w niczym nie odbiegała od zatrudnienia przy pomidorach w normalnej szklarni – opowiada.
Polscy pracownicy mogą liczyć na pracę w kolejnych krajach UE. Od stycznia 2009 roku otworzy się dla nas najpewniej rynek niemiecki. To może spowodować kolejną falę wyjazdów za chlebem. To prawdopodobne, bo mimo że dotąd nie mogliśmy pracować tam legalnie, do pracy w Niemczech wyjechało już około 500 tys. naszych rodaków.
Pracodawcy są tak przyciśnięci do muru, że chwytają się różnych sposobów, by pozyskać pracowników. Producent AGD Indesit, który niebawem otworzy w Radomsku swoją nową fabrykę, rekrutację rozpoczął rok wcześniej. – Zaczęliśmy już wtedy gromadzić CV, by mieć skompletowaną załogę, gdy zaczniemy pracę – wyjaśnia Zygmunt Łopalewski, rzecznik Indesitu. Życiorysy kandydatów do pracy gromadzą też hipermarkety Tesco. Przyjmowane są zgłoszenia nawet wtedy, gdy na danych stanowiskach nie ma wakatów.
– Zdarza się, że ktoś deklaruje, że chce podjąć pracę za miesiąc lub później – mówi Przemysław Skory, rzecznik Tesco. – Są też sytuacje, gdy mamy jeszcze pracownika nadanym stanowisku, ale wiemy, że niebawem się z nami pożegna. W każdym sklepie zatrudniamy około 400 osób. Musimy myśleć perspektywicznie i być elastyczni.
Niskie bezrobocie oznacza szybki wzrost płac, bo pracownicy po latach niskich zarobków domagają się podwyżek. Dostają je nawet niewykwalifikowani robotnicy, których szkolenie dużo kosztuje.
– Dziś koszty zatrudnienia nowych pracowników są o 30 proc. wyższe niż przed rokiem. Sama rekrutacja musi być droższa, bo dłużej trwa. Do tego dochodzą koszty szkoleń – mówi Jacek Męcina, ekspert PKPP Lewiatan. Pracodawcy też chętniej deklarują podwyżki. Z raportu wynika, że w ciągu roku płace wzrosną od 10 do 30 proc.
Dlaczego firmy mają takie kłopoty, skoro według statystyk około 1,7 mln Polaków nie ma pracy? Większość z nich to bezrobotni tylko na papierze, osoby które zarejestrowały się, żeby uzyskać dostęp do opieki zdrowotnej oraz ci, którzy z różnych powodów nie mogą podjąć pracy.
Do tej drugiej kategorii należą bezrobotne kobiety: nie pracują i nie szukają pracy. Najczęściej dlatego, że nie mają z kim zostawić dzieci, bo w ponad 800 gminach nie ma przedszkoli i żłobków. Teoretycznie mogliby tę lukę zapełnić przedsiębiorcy, ale przy obecnych przepisach założenie przedszkola w firmie jest praktycznie niemożliwe.
Pracodawcy mogliby też sięgnąć po bezrobotnych po 50 roku życia, ale ich doszkolenie jest w wielu przypadkach bardzo kosztowne. Natomiast osobom, które regularnie stawiają się na kontrole do urzędu pracy, ale od lat nie mają etatu, potrzebna jest pomoc doradców zawodowych i psychologów. – Inaczej nie da się tych osób wyciągnąć z marginesu społecznego i wciągnąć na rynek pracy. I trzeba też zmienić zasady korzystania z pomocy społecznej, tak żeby im się opłacało iść do pracy, a nie do opieki – podsumowuje Michał Boni, doradca premiera ds. rynku pracy.
Joanna Ćwiek
Współpraca: sach, aj, kw
Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2008/01/15

