Zakopane — portal z-ne.pl

Moda po zbóju

21.03.2008

Moda po zbóju

Czy to obrona przed globalizacją? – zastanawia się Tadeusz Szostak-Berda, co na Kośnych Hamrach w Poroninie ma folusz. Ale na takie godki to teraz przed świętami nie bardzo ma czas. Właśnie wrócił ze Skandynawii, gdzie sędziował skoki narciarskie. Adam Małysz w uszytym przez niego kombinezonie znowu daleko nie latał. Teraz ważniejsi są inni.

W drzwiach jego warsztatu staje góral z Murzasichla. Przyszedł zamówić cyfrowane portki dla syna. Wyłoży te osiem stówek, bo wkurzyło go, jak patrzy na te, w których chłopak w kościele stoi i chorągiew trzyma. Zaraz po nim przychodzi góralka z Miętustwa. Jej syn bierzmowanie ma dopiero pierwszego czerwca, ale portki z parzenicami już trzeba zamówić, bo je mieć musi. Jak wszyscy inni w parafii. Nie, żeby ksiądz kazał. – Jakby kazał, toby dutki musiał dać – śmieje się kobieta. Każde z jej siedmiorga dzieci albo już ma, albo mieć będzie góralski strój. I nie ma nic do rzeczy, że na to bierzmowanie to prócz portek trzeba i serdok, i kierpce, i kosule, i kapelus. Dwa tysiące jak nic!

Wszystko przez papieża

W Kościelisku Anna Nędza-Kubiniec spędza noce nad haftami, bo góralki już nie chcą maszynowych. Wolą ręczne. Ale pani Anna ślęczy teraz po nocach głównie dlatego, że zaraz Wielkanoc, a potem komunie, bierzmowania, wesela, a i ornaty są do haftowania, i do Ameryki ciągle się coś robi. W jednej z podhalańskich wsi 60-letni góral siedzi nad kopytem. – Syćko opowiym, ale nie piscie ino, ze to jo, co by mnie skarbówka nie ucapiła – prosi. Bo jego warsztat w garażu to – jeśli chodzi o podatki – nie całkiem legalny jest. Ale każdy góral z okolicy trafi tam po kierpce. Nie takie jednorazowe, które za 25 zł cepry pod Gubałówką mogą kupić, tylko prawdziwe – z juchtu wołowego, z podeszwami mocowanymi do zelówki na drewnianych kołkach, z wyściółką pod palce, a wypełnieniem po bokach, zdobione mosiężnymi cętkami, co ich nawet kilkaset na parze butów można zmieścić, albo wzorami wytłaczanymi w juchcie.

Tadeusz Szostak-Berda, Anna Nędza-Kubiniec, a i nie całkiem legalny szewc nie mają wątpliwości, że biznes zawdzięczają Janowi Pawłowi II. – Za jego pontyfikatu każdy, kto wybierał się do Rzymu, ubierał się po góralsku, bo chciał się pokazać, bo jechał do Ojca – opowiada Piotr Pawlikowski, kuśnierz z Nowego Targu. 6 czerwca 1997 roku 30 tysięcy górali w regionalnych strojach witało papieża pod Wielką Krokwią. Mogli sami się przekonać, jak wielu z nich wróciło do tradycji.

Ks. Tadeusz Juchas, proboszcz sanktuarium maryjnego w Ludźmierzu koło Nowego Targu, pamięta, że w Starym Bystrym, skąd pochodzi, jeszcze w latach 50. strój góralski był czymś naturalnym, używanym na co dzień i od święta. W następnych dekadach zaczął być wyśmiewany jako wiejski. Szczególnie w okolicach Nowego Targu, gdzie prawie zanikł. Proboszcz dopatruje się tu m.in. wpływu kombinatu obuwniczego, jaki powstał wtedy w mieście i zatrudniał nawet pięć tysięcy ludzi. To stamtąd przychodziła moda na miejskość, garnitury i krawaty, a lekceważenie tradycji. To dlatego potem kapela grająca w kościele góralskie pieśni wydawała się nie na miejscu samym wiernym, a pierwsze góralskie ornaty pojawiły się dopiero w latach 90. I też nie od razu się spodobały.

– Odrodzenie góralskiego stroju to efekt wieloletniego wysiłku podhalańskich elit – uważa dr Stanisława Trebunia-Staszel, etnolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego, a prywatnie góralka z Białego Dunajca i kuzynka Krzysztofa Trebuni, lidera zespołu Trebunie Tutki. Przypomina zwłaszcza rolę Związku Podhalan z jego kapelanami – ks. prof. Józefem Tischnerem i ks. Władysławem Zązlem. W końcu lat 70. Stanisław Krupa, działacz oddziału Związku Podhalan w Ludźmierzu, wysłał do ówczesnego metropolity krakowskiego ks. Franciszka Macharskiego list z prośbą o zaapelowanie do podhalańskich proboszczów, by zachęcali wiernych do noszenia tradycyjnych strojów. Pomogło.

– W latach 70. i 80. góralskie stroje zaczęli nosić, często demonstracyjnie, ci, którzy po studiach wracali na Podhale. A inni brali z nich przykład – mówi Stanisława Trebunia-Staszel. Te elity wychowywał np. studencki zespół góralski Skalni, przez który przewinęły się setki krakowskich studentów. To oni, późniejsi architekci, prawnicy, inżynierowie, wracali do Poronina, Zakopanego i Kościeliska z przekonaniem, że ważne jest przywiązanie do góralskiego stroju. Przypominało to trochę sytuację z końca XIX wieku, kiedy przybysze z zewnątrz, jak Stanisław Witkiewicz czy Tytus Chałubiński, uświadomili góralom wartość i piękno ich kultury. Teraz, w przywróceniu tej świadomości, podobną rolę odegrali ludzie wykształceni, ale już Podhalanie.

Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2008/03/21