Zakopane — portal z-ne.pl

Kończą się góralskie raje

02.05.2008

Kończą się góralskie raje

Dlatego właśnie takie predyspozycje pozwoliły mieszkańcom Podhala zjeździć za chlebem już cały świat. Trzeba przyznać, że czasami tam, na obcej ziemi, poza pracą nie widzą życia. Dodatkowo przez lata dzięki ogromnej przedsiębiorczości i zaradności na emigracji byli po prostu skazani na sukces. Ten okres jednak – jak mówią – bezpowrotnie mija. Co jakiś czas ze swojej listy krajów, skąd można przywieźć nieco dudków skreślają kolejne. Za robotą nie opłaca się już powoli jechać do Stanów Zjednoczonych i Kanady. Na liście coraz mniej jest krajów europejskich. Słaby kurs euro i wysokie koszty życia spowodowały, że kolejne państwo, w którym znaczny odsetek emigrantów stanowili właśnie polscy górale to Austria.

Wielu z nich do upragnionego Wiednia w latach osiemdziesiątych musiało nawet podążać przez zieloną granicę. Dzisiaj coraz więcej z austriackich Polonusów wywodzących się z gór, chce wracać do Polski.

Dzieci dorosły bez niego

Piątek. Jedno z mieszkań przy Burgasse w stolicy Austrii, zamieszkałe przez sześciu Polaków. Czterech z nich to mieszkańcy Spisza i Orawy, dwóch jest z okolic Tarnowa. Około godziny 18 dwa ciasne pokoje, gdzie są niemal wyłącznie łóżka i szafy, zaczynają się szybko wypełniać ludźmi. Ustawia się kolejka do trzech palników w kuchni. Trzeba przecież zjeść wreszcie coś normalnego poza bigosem przywiezionym w słoikach z Polski.

– Jak spędzimy weekend? Tradycyjnie – odpowiada Piotrek, pochodzący z jednej z orawskich wsi. – Weźmiemy w polskiej wypożyczalni kilka polskich filmów, i oczywiście do tego trochę ognistej wody. Znając życie ta dwójka naszych najmłodszych kolegów skończy gdzieś w polskiej dyskotece.

Mówiąc to Piotrek ma na myśli niespełna trzydziestoletnich chłopaków od niedawna mieszkających w Wiedniu.

– Austria to dla mnie już trzeci kraj – kontynuuje Piotrek. – Wcześniej byłem przez trzy lata w Ameryce, a później w Kanadzie. Od 8 lat siedzę tutaj u kasztanów (tak w polskim slangu są określani rdzenni obywatele Austrii – przyp. red.). Ale z tego co widzę jest coraz gorzej. Prowadzę tę swoją gewerbe, czyli działalność gospodarczą. Koszty utrzymania tego dziadostwa pochłania mi połowę pensji. Do tego muszę kupować jeszcze narzędzia. Bo Austriak powiedział, że nie będzie co tydzień nowych kielni i pac nam dawał. I tak się już od kilku miesięcy zastanawiam, gdy przyjdzie piątek i sobota, żeby powoli zabierać manatki i jechać z tego kasztanowa.

Piotrek przez 42 lata swojego życia za granicą spędził prawie piętnaście lat. Ma wszystko czego by chciał człowiek dorabiający się jedynie siłą własnych rąk. Dom, nowego volkswagena i piękne stado gołębi. Obecnie pomaga budować domy dwójce swoich dzieci. – Co z tego wszystkiego, jak nie widziałem jak dorastają? – pyta.

– Powoli trzeba zacząć zdawać sobie sprawę, że praca w Austrii, to żadne tam kokosy. Jak przyjeżdżam do Polski i widzę, że w kantorze za euro płacą mi 3,30 zł to mi ręce opadają – dodaje.

Uczy się być szefem

Robert z Nowego Targu w Wiedniu jest krótko, bo od trzech lat. Marzy mu się wyjazd do Norwegii, ale nie zna języka. Od 8 miesięcy pracuje u Polaka, który przyjechał do Wiednia dwanaście lat temu, starym wysłużonym fiatem ritmo. Samochód nawet stał się jego domem. Te kilka najtrudniejszych dni wżyciu pamięta jak dziś. Pracy szukał nawet na znanej wśród Polaków – Herbstrasse, zwanej polską stójką.

– Wspominam je zawsze, gdy nieco sobie podpiję – uśmiecha się Robert. Dzisiaj jego szef ma firmę budowlaną zatrudniającą 20 pracowników i jeździ czarnym, lśniącym BMW. Rocznie zarabia 60 tys. euro. I chociaż ma 34 lata, Polska to dla niego obcy kraj. Robert jest w niego zapatrzony. Wie jednak, że już go nie dogoni. Pryncypał przecież rozpoczynał swoją pracę, za czasów mocnego szylinga. Wszystkich pracowników miał na czarno, co też minimalizowało koszty. Dzisiaj bez własnej działalności gospodarczej ani rusz.

– Nie jestem w stanie zarobić miesięcznie więcej jak 1100 euro na czysto – mówi Robert. – Mój brat za czasów szylinga w ciągu dwóch lat wybudował dom. Ja nawet nie mam dobrego samochodu. W lipcu zdecydowałem się zjechać do Polski. Będę próbował otworzyć firmę budowlaną. Wiem, że górali szukają do budowy domów w całej Polsce. Problem w tym, że rąk do pracy na Podhalu nie ma zbyt wiele. Ale ja wprowadzę całkiem inny system zatrudnienia. Będę się w weekendy spotykał z moimi pracownikami i ich rodzinami. Chcę po prostu, by byli doceniani. Tak robi ten mój szef. Co sobotę organizuje dla nas za Wiedniem grilla. I dlatego może staramy się trzymać razem, poza tym wszyscy jesteśmy z gór. Są bowiem ludzie od Szczawnicy po Biały Dunajec i Jabłonkę. Jednym słowem sami górale.

Robert widzi jednak, że przychodzi kres góralskiej emigracji w Austrii. Wypierają nas Rumunii, Ukraińcy. Potrafią pracować za 5 euro za godzinę.

Nie dostał pozwolenia

W mieszkaniu na Burgasse jest jednak osoba, która ma najwięcej powodów do narzekań. Nie chce zdradzić nawet swojego imienia. Przyjechał dwa miesiące temu z okolic Nowego Targu. Nie udało się mu w ogóle. Przez ten okres miał tylko dorywczą pracę. Nie udało mu się, nie otrzymał pozwolenia na otwarcie własnej działalności gospodarczej. Potrzebne bowiem było zaświadczenie o niekaralności. A w Polsce jadąc na podwójnym gazie doprowadził do wypadku...

– Zobaczymy, ile będą zarabiać po powrocie do tej swojej Polski – śmieje się z opowieści kolegów.

JOZEF SŁOWIK

Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2008/05/02