Jarmarku w Nowym Targu nie damy
09.05.2009
Gazdowie nie dali za wygraną i na ostatnim czwartkowym jarmarku pojawiły się zwierzęta. Było ich co prawda o wiele mniej niż zwykle, ale jednak jak na razie kilkusetletnia tradycja handlu prosiakami, końmi i krowami na nowotarskiej targowicy nie zanikła.
Rolnicy, którzy pojawili się na os. Bereki, nie kryli zaskoczenia i oburzenia, że są plany likwidacji tego miejsca. O godzinie 10 wokół dwóch handlarzy, którzy pojawili się z prosiętami, kłębiły się tłumy. Wśród nich więcej było jednak komentujących ostatnie zawirowania wokół targowicy niż kupujących.
– Byłoby bardzo źle, gdyby zlikwidowano tę targowicę – mówi pani Maria, góralka, która przyjechała do Nowego Targu po parę prosiąt. – Każdy chce coś uchować, drugi chce to z kolei kupić. Świnie nie rosną w supermarketach. Poza tym nie wszyscy chcą chodzić do sklepu po sztucznie pędzone mięso. To swojskie jest zdrowe.
Według niej ta cała sprawa jest przesadzona. – Gdzie tam one są źle traktowane – pyta. – Czasami to się same między sobą pogryzą.
Gazdowie oburzeni są zarzutami działaczy krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Przekonują, że zwierzęta, które trafiają na jarmark, są na pewno przebadane przez weterynarza i zaszczepione. – Handlarze nie zdecydowaliby się bowiem sprzedawać chorych prosiąt – mówi jeden z klientów.
Całym zamieszaniem nie kryją zaskoczenia również Słowacy, którzy przyjechali po prosięta. Nic nie wiedzą, że to właśnie oni, a konkretnie sposób przewożenia przez nich małych prosiąt w bagażnikach aut osobowych, stał się głównym zarzewiem konfliktu wokół funkcjonowania nowotarskiej targowicy. Przedstawiciele KTOnZ uważają, że zwierzęta są transportowane w sposób niehumanitarny.
W ostatni czwartek żaden z handlujących nie chciał Słowakom sprzedać w obecności dziennikarzy ani jednego prosiaka. Sprzedawca przyjmował gotówkę, ale po zwierzę kazał przychodzić później. Słowacka klientela jest zdziwiona. Gdy słyszą, że prosiaki są wsadzane do plastikowych worków, co zarzucają między innymi działacze TOnZ, wybuchają śmiechem. – Przecież nikt nie wyda 70 euro za prosię w Polsce i pozwoli, aby w trakcie transportu się zadusiło – mówi jedna ze Słowaczek.
Burmistrz Nowego Targu Marek Fryźlewicz nie ukrywa, że likwidacja targowicy może doprowadzić do jeszcze gorszej sytuacji. – Za chwilę okaże się, że handlarze staną na rogatkach miasta i zwierzęta sprzedawane będą w jeszcze gorszych warunkach – mówi Fryźlewicz. Burmistrz zdziwiony jest zachowaniem TOnZ, którzy nie poinformowali go o sprawie i zarzutach.
Barbara Zelek, powiatowy inspektor weterynarii w Nowym Targu złożyła do Prokuratury Rejonowej w Nowym Targu zawiadomienie o nielegalnym handlu zwierzętami na tym targowisku. Jak mówi, nie może zamknąć jarmarku zwierzęcego, bo ten nigdy oficjalnie nie został otwarty.
Józef Słowik
Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2009/05/09

