A muuuuu...
20.05.2009
Kiedy na tapetę bierze się Stanisława Barańczaka, to staje się oczywiste, że świat przestanie funkcjonować w normalnym trybie. To raz. A dwa, że jak już się „łyknie” dziełka i dziełeczka Barańczaka, to raczej trudno patrzeć na życie poważnie. Juliusz Chrząstowski dość sprytnie poradził sobie z pozornie błahą i lekką (a tak naprawdę wymagającą) literaturą „nonsencisty”. Grzechem byłoby więc powiedzieć, że popełniono amatorszczyznę. Odtwórcy ról, mimo, że amatorzy, to zachowali się jak prawdziwi zawodowcy. Na scenie w trakcie dwóch przedstawień zagrali ludzie pracujący w różnych nowotarskich instytucjach, a na instrumentach zespół New Market Jazz Band.
Literatura ambitna, choć czasem wcale nie pretenduje do tego, by taką się stać, a więc ambitna staje się przez przypadek (bo ludzie nie zrozumieli), niesie ze sobą ryzyko. Ryzyko patosu. W przypadku Fioletowej krowy Chrząstowski jako reżyser tego patosu uniknął. I całe szczęście, bo byłyby zgrzyty. A ponieważ nic nie zgrzytało, to dzięki temu widownia momentami ryczała ze śmiechu. Były chwile dramatyczne, melodramatyczne, w duecie lub grupie. W zależności od zapotrzebowania w danej scenie.
Niech się dzieją takie przedsięwzięcia. Niech ludzie chcą. Tak łatwiej wyobrazić sobie sytuację, kiedy mija kult złotego cielca, a na szczyty sławy wdrapuje się jedna, nieprzeciętna i nadzwyczajna polska fioletowa krowa.
tekst i zdjęcia: Dorota Łajka

