Na Spiszu dziewięć stodół strawił ogień
01.06.2009
– Palą się zabudowania gospodarcze przy ul. św. Floriana – krzyczał do słuchawki roztrzęsionym głosem mieszkaniec Nowej Białej. Zaraz po tym inny włączył sygnał alarmowy na remizie.
Pierwsze zawiadomienie trafiło do strażaków 20 minut przed godz. 13. Na miejsce natychmiast udali się druhowie z Nowego Targu. Wysłano 23 jednostki państwowej i ochotniczej straży pożarnej.
Gdy tylko po wsi poszła wieść, że palą się stodoły, ludzie wiedzieli, że w takim regionie jak Spisz oznaczać to może wielką tragedię, już nie dla jednego rolnika, ale dla kilku. Jest tutaj bowiem charakterystyczna zwarta zabudowa. Stodoły kilku gospodarzy przylegają blisko do siebie. To spowodowało, że sytuacja w Nowej Białej zmieniała się z minuty na minutę. Pożar z jednej stodoły natychmiast przerzucił się na drugą stronę ulicy. Strażacy natychmiast musieli skierować strumienie wody w obronie budynków po tamtej stronie.
W trakcie akcji ratowniczej jeden z właścicieli zabudowań gospodarczych powiadomił strażaków, że nie może znaleźć swojego dziecka. Wszyscy jak jeden mąż zaczynają szukać małego Mateusza. Na szczęście po dwóch godzinach dziecko znajduje się przestraszone. Chłopiec był w szoku widząc tak wielki pożar, schował się więc pod plandeką. Na szczęście dziecko było całe i zdrowe. Na nic się jednak zdaje walka z czerwonym żywiołem.
Akcja gaszenia ostatecznie zakończyła się o godzinie 18.25. Strażacy schodzili z miejsca akcji ze spuszczonymi głowami i zrezygnowani. Nie byli w stanie obronić dobytku dziewięciu gospodarzy. Czerwonemu kurowi nie pozwolili jednak zająć domów i kolejnych stodół.
– Nic nie powiem. Daj Pan spokój – krzyczy umorusany sadzą strażak, popijając wodę mineralną. – Ten czerwony dziad był jednak tym razem szybszy. Już po kilkunastu minutach siedział w trzech stodołach. Robiliśmy co było w naszej mocy.
Ludzie nie kryli swojej rozpaczy. Dwóch właścicieli zostało poszkodowanych także na zdrowiu. Jeden w trakcie akcji ratowniczej złamał rękę, drugi poparzył obie ręce. Gospodarze mieli łzy w oczach, gdyż wiedzieli, że przed zbliżającymi się sianokosami stracili miejsce, gdzie mogliby składować paszę. – I tak nie mielibyśmy czym zrobić tych sianokosów, bo spaliły się maszyny samozbierające – mówią.
– Pożar na pewno nie powstał ze zwarcia instalacji elektrycznej, bo w tych szopach nie było prądu – uważa inny właściciel z Białej, Benedykt Kołodziej. – Straciłem nie tylko maszyny rolnicze, ale również materiał budowlany, który zgromadziłem w szopie na budowę domu. To jest nie do pojęcia, że ogień tak szybko się rozprzestrzeniał – mówi Andrzej Kalata.
Straty wstępnie oszacowano na 500 tysięcy złotych. Na pewno jednak będą większe. – Pożar rozprzestrzeniał się błyskawicznie, bo stodoły w większości były puste – mówi asp. sztabowy. Paweł Długi, strażak z Nowej Białej. – W ich wnętrzach nie było jeszcze siana, które powstrzymałoby na jakiś czas rozprzestrzenianie się ognia.
Józef Słowik
Spisz płonie
Pożary zabudowań na Spiszu to nie rzadkość.
Ponad ćwierć wieku temu w Nowej Białej w podobny sposób spłonęło 11 stodół. Na początku lat 90. paliło się niespełna 20 domów i zabudowań w Niedzicy. 29 lipca 1995 roku w Trybszu wybuchł groźny w skutkach pożar, który strawił sześć zabudowań gospodarczych. W każdym przypadku przyczyną dużej liczby spalonych domów była zwarta zabudowa.
Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2009/06/01

