Coraz więcej eurosierot wśród góralskich dzieci
06.06.2009
Wraz ze zbliżającym się końcem roku szkolnego nowotarską Bursę dla Szkół Ponadgimnazjalnych w Nowym Targu przy ul Bolesława Wstydliwego odwiedzą kolejne eurosieroty. Przyjdą same zająć sobie miejsce w internacie na przyszły rok szkolny. Ten problem wychowawcom internatu jest znany. Na 80 wychowanków tej placówki rodzice 11 przebywają za granicą.
– Ten społeczny problem, nazywany eurosieroctwem, znamy od dobrych paru lat – twierdzi Eliza Palluth, dyrektorka bursy. – Wcześniej nazywaliśmy go syndromem kukułczego jaja.
Jak przekonują wychowawcy, w tak trudnych sytuacjach dzieci zawsze mają opory, żeby mówić prawdę. Okazuje się, że nawet rodzice, którzy większość czasu spędzają na saksach, gdy przychodzą zapisać do internatu syna lub córkę, nie informują wychowawców, że większość czasu nie ma ich w kraju. W pewnym momencie okazuje się, że kontakt z tymi rodzicami jest utrudniony.
– Niepokojące sygnały pojawiają się, gdy dzieci nie wyjeżdżają do domów na weekendy – opowiada Eliza Palluth. – Pytamy jednej, drugiej. – „Nie wolisz jechać do domu, zamiast siedzieć tutaj w sobotę i niedzielę sama?”. A one nam opowiadają – „Po co pojadę, jak dom jest pusty”.
Zajmowanie się takimi wychowankami wymaga od wychowawców wzmożonej pracy. Są z nimi 24 godziny.
– Musimy obserwować ich zachowania i potrzeby. Wiele razy nie udaje się zaradzić problemom i uczniowie nie kończą szkoły – zaznacza Palluth.
Tak było w przypadku Jasia, którego matka wyjechała do Włoch. Ojciec był kierowcą tira i jeździł po całej Europie. U chłopaka zdiagnozowano socjopatię (objawia się tym, że dziecko nie może się dostosować do ogólnych norm społecznych). Dla niego było szczęściem, gdy przebywał w internacie, że miał codziennie ciepłe jedzenie, bo do tej pory nikt pod nos nie podstawił mu talerza.
– Mieszkają u nas uczniowie, którzy pochodzą z całej Polski. Dlatego często trudno do końca poznać ich sytuację rodzinną – mówi Anna Sęk, wychowawca z bursy.
Psychologowie nie ukrywają, że lepiej byłoby dla tych dzieci, aby żyły biedniej i nie chodziły w markowych ciuchach, ale miały przy sobie rodziców.
W najważniejszym okresie brakuje im zainteresowania i przytulenia.
– Wiele z tych dzieci słyszy takie komunikaty zwrotne – „Wyjeżdżam za granicę, żeby nam się dobrze żyło” – mówi Iwona Anna Wiśniewska, psycholog i pedagog z Ośrodka Osób Dotkniętych Przemocą w Rodzinie w Krakowie. – Wiem, że są trudne czasy, że trzeba wyjeżdżać, ale zawsze należy dbać o kontakt czy to mailowy czy telefoniczny. Dziecko w żadnym wypadku nie może się czuć odrzucone, ani porzucone. Później jest problem, bo dziecko się tak, a nie inaczej zachowuje. Staje się niedobre nie przez to, że jest złe same w sobie, ale dlatego, że potrzebuje bliskiej osoby, a swoim zachowaniem wysyła sygnały, że bliskie osoby zapominają o nim.
– Co tacy rodzice mogą powiedzieć o swoim dziecku? – przekonuje dalej Wiśniewska. – Czy wiedzą w kim jest zakochane, jak się uczy?
Wychowawcy z nowotarskiego internatu nie są w stanie zastąpić swoim podopiecznym rodziców. Oni mają jedynie towarzyszyć rodzinie w procesie wychowawczym.
(Wszystkie imiona dzieci zostały zmienione)
Józef Słowik
Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2009/06/06
