Bieda to często niechciany spadek po rodzicach
03.07.2009
Niedawno objęła Pani funkcję szefa rabczańskiego oddziału Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej. Przed Panią przez długie lata prezeską była znana ze swojej działalności Anna Olszyńska.
Pani Ania zrezygnowała oficjalnie ze swojej funkcji. Dla mnie jednak praca w PKPS to nic nowego, pomagałam jej już od 17 lat. Teraz zdecydowałam się na objęcie tego stanowiska.
Czym obecnie zajmuje się taka organizacja, jak PKPS?
Przede wszystkim rozprowadzamy żywność unijną. Przywozimy ją z Banku Żywności w Krakowie. Dzisiaj na przykład 1,5 tony zabierała od nas Raba Wyżna. Przychodzą do nas mieszkańcy także Rabki, Mszany Górnej i Spytkowic.
Ile łącznie osób jest pod waszą opieką ?
Trzy tysiące ludzi, w tym około 800 dzieci. Cały czas zwiększa się ta liczba. Trzeba brać pod uwagę, że coraz więcej PKPS jest likwidowanych, a gminne ośrodki pomocy społecznej, nie mają możliwości, chociażby lokalowych, na rozdawanie żywności.
Czy stawiacie swoim podopiecznym jakieś wygórowane wymagania, aby mogli skorzystać z waszej pomocy?
Trafiają do nas osoby skierowane z gminnych ośrodków pomocy społecznej. Jest tutaj określone dokładnie kryterium. Sięga ono około 500 złotych na jedną osobę miesięcznie. Jednak po uzgodnieniu z naszą dyrekcją i zarządem wojewódzkim PKPS ustaliliśmy, że osoby które są same, a ich dochód nie przekracza 1200 złotych, też mogą do nas się zgłaszać. Przecież jak zapłacą rachunki i wykupią leki, to im często nic nie zostaje.
Jakby Pani miała dokończyć takie zdanie „bieda to...”
To dla wielu moich podopiecznych przypadłość dziedziczna. Dawniej przychodziły matki, później ich córki. Teraz zachodzą już ich wnuczki.
A może to źle, że udziela się im aż takiej pomocy?
Z całą pewnością wielu z tych ludzi nie potrafi się odnaleźć. Ustawicznie nie mają pracy, ale właśnie podanie im ręki powoduje, że wielu z nich potrafi wyjść na prostą. Pewnie, że nie przyjdą z dnia na dzień i powiedzą, że teraz to już na wszystko stać, ale ważne jest to, że zaczynają sobie radzić w życiu. To jest ważne. Chodzi o to, żeby tej swojej biedy nie dały w spadku swoim dzieciom.
Taki transport żywności z Banku Żywności z Krakowa kosztuje.
Jedzenie przywozimy dwa razy w miesiącu, po sześć ton. Poza tym musimy jeszcze płacić za utrzymanie magazynów w Krakowie. Te koszty w większości pokrywane są przez gminy, których mieszkańcami się zajmujemy. Dodatkowo zdecydowaliśmy, że nasi podopieczni płacą po trzy złote składki, które przekazywane są na bieżące funkcjonowanie PKPS-u.
Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2009/07/03

