Zakopane — portal z-ne.pl

Fikcja w małopolskich szpitalach

02.09.2009

Szpitale i poradnie specjalistyczne nie aktualizują list pacjentów oczekujących na zabieg, badania lub poradę. W tym roku Narodowy Fundusz Zdrowia w Małopolsce skontrolował listy oczekujących w 85 placówkach medycznych. Wyniki nie były zachwycające. Tymczasem to już od 2004 roku, na mocy obowiązującej ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, taka aktualizacja list pacjentów jest obowiązkiem każdej placówki medycznej, która ma podpisany kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia.

W rezultacie dochodzi do takich sytuacji: jeden pacjent musi czekać na wizytę np. w poradni endokrynologicznej 457 dni, jak to wykazuje jeden z małopolskich szpitali. A czas oczekiwania na poradę dla pięciu chorych w poradni rehabilitacyjnej to... 6440 dni, czyli prawie 20 lat! Po naszym telefonie, z prośbą o wyjaśnienia, okazuje się jednak, że wizyta u specjalisty może się odbyć za 33 dni.

– W Szpitalu im. Żeromskiego np. przez kilka lat nie wykreślali z kolejek pacjentów, którzy już zostali zoperowani bądź zbadani. Mieli najdłuższe kolejki w Krakowie, w których zarejestrowano już kilka tysięcy osób – komentuje Jolanta Pulchna, rzeczniczka małopolskiego NFZ.

Nonsens? Niestety nie, to rzeczywistość. NFZ od pięciu lat próbuje zdyscyplinować placówki medyczne do sporządzenia prawdziwych list pacjentów oczekujących na pobyt w szpitalu lub wykonanie badań specjalistycznych. Po co to robi?

Jolanta Pulchna przekonuje, że jest to jedyny sposób, by wymusić na szpitalach równe traktowanie pacjentów.

– Zwiększamy kontrakt tym placówkom, w których tworzy się kolejka. Ale nie możemy płacić za pacjentów, którzy bez powodu zostali przyjęci poza kolejnością – dodaje. Niestety, do takich sytuacji też często dochodzi. Tymczasem chorzy mają dość czekania w fikcyjnych, kilkumiesięcznych kolejkach w publicznych placówkach. Szukają pomocy w prywatnych gabinetach.

Tak właśnie zrobiła Maria Kosak. Jej trzyletniemu synkowi należało usunąć migdałki. Na przyjęcie w poradni laryngologicznej w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym musiała czekać dwa miesiące, a na sam zabieg kolejne pół roku – w sumie osiem miesięcy.

– Wolałam to zrobić w pięć dni za 2 tys. zł w prywatnej placówce. Zwłaszcza że w płatnym gabinecie operują ci sami specjaliści z Prokocimia – nie kryje kobieta. Co na to dyrektorzy szpitali? Zgodnie przyznają się, że faktycznie – listy oczekujących nie zawsze są sporządzane tak jak należy. Ich zdaniem, problem tkwi w złym, skomplikowanymi zawiłym systemie. – Nie jest jednolity dla wszystkich placówek.

Każdy wypełnia te listy jak dusza zapragnie – otwarcie narzeka Krzysztof Bederski, wicedyrektor Szpitala im. Jana Pawła II.

Z kolei, zdaniem Anny Niedźwiedzkiej, rzeczniczki Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, w dużej placówce wiarygodne sporządzenie list jest nie do opanowania. W SzU np. jest pięć poradni okulistycznych. W jednej z nich jest kolejka, w pozostałych nie ma. Wystarczy, że jedna nie wyśle w terminie aktualnych danych i już pojawia się błąd.

– System list nie odzwierciedla rzeczywistego stanu kolejek. Dla pacjenta jest zbyt skomplikowany – ubolewa rzeczniczka Szpitala Uniwersyteckiego. Krzysztof Kiciński, szef Podhalańskiego Szpitala w Nowym Targu, zaznacza, że polowanie na nierzetelnych dyrektorów jest bez sensu. – Należy po prostu udoskonalić cały system – kwituje Kiciński.

Anna Górska

Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2009/09/02