Niech szkoła uczy pracy w zespole
23.09.2009
Dziecko na imprezie, a matka myśli, że na kółku zainteresowań. Niby sprawa stara jak świat, ale przerażająca jest skala tej rodzicielskiej niewiedzy. Rodzice nie mają pojęcia, co się dzieje z ich dziećmi, jak spędzają wolny czas, czy mają kłopoty w szkole.
To najsmutniejszy wiosek, jaki wypływa z badań – wielkim problemem są relacje w polskiej rodzinie. A rodzice nie wiedzą nic o dzieciach, bo się nimi nie interesują. Na przykład połowa z nich nie chodzi na wywiadówki, nie kontaktuje się ze szkołą. A dzieci o niczym rodzicom nie mówią. Nawet wówczas, kiedy mają kłopoty, kiedy padają ofiarą przemocy. Nie mają na tyle zaufania, żeby szukać ratunku u najbliższych. Dlatego ci dowiadują się, że coś złego się dzieje dopiero wówczas, kiedy sprawy przybrały już naprawdę kiepski obrót i przemoc psychiczna przerodziła się w niebezpieczną przemoc fizyczną, która pozostawia ślady na ciele.
Sądzi Pan, że gdyby kontakt domu ze szkołą był bardziej intensywny, coś by się zmieniło? Przecież i rodzice, i nauczyciele są przekonani, że szkoła to bezpieczne, przyjazne dzieciom miejsce. Tylko sami zainteresowani jasno mówią, że jest na odwrót.
To prawda, że gdyby nawet rodzice częściej kontaktowali się ze szkołą, ich stan świadomości o tym, co się tam dzieje, byłby taki sam jak nauczycieli i niczego istotnego by się nie dowiedzieli. O przemocy nauczycieli wobec uczniów ze zrozumiałych powodów – nie będą skarżyli sami na siebie, choć ich naganne zachowania są wynikiem agresji ze strony uczniów, jakiej doświadczają. Ale, generalnie rzecz biorąc, nauczyciele mają nierealistyczny, zbyt optymistyczny obraz stosunków w placówce, w której pracują. Bo oni są dziś bardzo zadowoleni z siebie i swojej pracy. Coraz lepiej zarabiają, robią to, co lubią. To już nie są ci nieudacznicy sprzed lat, którzy szli do szkoły, bo nic lepszego im się nie przydarzyło. Więc nie chcą widzieć i wiedzieć złego, żeby nie zburzyć tego swojego samozadowolenia.
A uczniowie grają w ich grę? Wszystko jest pięknie, nie ma przemocy, narkotyków, alkoholu. Tylko nie rozumiem, z jakiego powodu. Bo przecież to właśnie dzieci na tej zmowie milczenia tracą.
Dziecko potrafi kalkulować. I wychodzi mu, że gdyby zwróciło się o pomoc do dorosłego, to straty byłyby większe niż potencjalny zysk. Boi się, że mama czy tata, zamiast się zastanowić, jak rozwiązać problem, pobiegną do szkoły z dziką awanturą, narobią zamieszania i jeszcze większych szkód, które będą skutkowały odrzuceniem i represjami – ze strony kolegów i nauczycieli. Dorośli nie mają autorytetu, dziecko nie ufa, że podejmą mądre działania, by je chronić.
Więc bronią się same. Sprawca szkolnej przemocy – powołam się na Pana badania – był wcześniej ofiarą kolegów lub wychowawców.
To to samo błędne koło, jakie można obserwować w świecie dorosłych. Wśród agresorów jest przewaga chłopców. Taki nabuzowany zadziora, chętny do zwarcia, wreszcie napotyka na silniejszego, który go spierze. Albo inaczej – słabeusz tak długo dostaje w kość, aż dorośnie i będzie się mścił za swoje krzywdy na słabszych. Jednak w tych badaniach wyszło to, co po raz pierwszy odkryłem w diagnozie społecznej sprzed czterech lat – że dziewczyny dążą do równouprawnienia, także jeśli chodzi o poziom agresji. Widać to zwłaszcza w miastach, w szkołach ponadgimnazjalnych, gdzie sprawczyń przemocy szkolnej jest więcej niż chłopców. To żeńskie tsunami wciąż przybiera na sile.
Oprócz rosnącej agresji dzieci i ich poczucia opuszczenia przez dorosłych z Pana najnowszych badań wynika jeszcze jedna, bardzo niepokojąca rzecz: im starsi uczniowie, tym bardziej są nieufni, niechętnie angażują się na rzecz innych, prace społeczne to dla nich puste pojęcie. A przecież na początku szkolnej edukacji są inni. Otwarci, ciekawi świata, nastawieni na współpracę. Nie sposób uciec od konkluzji – szkoła psuje. Zabija to, co nazywamy kapitałem społecznym.
To także „zasługa” domu. Dziecko przesiąka przekazem, który otrzymuje od rodziców: uważaj, nie ufaj, nie dziel się z innymi, graj na siebie. No i wina szkoły w tym, że temu nie przeciwdziała. Po zmianie systemu wyrzuciła za burtę wychowanie, które kojarzyło się nieprzyjemnie z indoktrynacją z czasów PRL-u, przestawiła się na samo edukowanie. Tak się nie da – socjalizacja młodych Polaków odbywa się także w szkole. Jeśli tam nie dostaną właściwego wzorca, przesiąkają nieufnością rodziców i zamykają się przed innymi jak ślimak w skorupie. A przecież można za pomocą prostych działań przemienić funkcję szkoły na bardziej wspólnotową. To nie wymaga nakładów, wystarczy wprowadzić więcej zajęć w zespołach. Zamiast zadawać każdemu dziecku wypracowanie do domu, zlecić tę pracę grupie. Na lekcjach chemii koło jednego palnika ustawić trzy osoby, niech razem robią doświadczenie, choćby reszta palników miała zostać niewykorzystana. Przestać nastawiać się na relacje pojedyncze: ja, nauczyciel i ty, uczeń. Wybrać my – zespół.
Modelowy jest tutaj przykład Skandynawii.
Wie pani, że tam dzieci w ogóle nie przynoszą do domu zadań domowych? Wszystkie odrabiają w szkole – po lekcjach, na świetlicy, pomagając sobie wzajemnie, pod okiem nauczyciela. I to już jest pierwszy krok do integracji dzieci i ich uspołecznienia. Mój młodszy syn także spędza sporo czasu na świetlicy, ale lekcje tam rzadko odrabia. Nauczyciel woli puścić dzieciakom jakiś film albo pozwala im się bawić czy grać na komputerze.
Bo to nie wymaga od niego wysiłku. Ale i tak ma Pan szczęście, że udało się załatwić świetlicę dla syna. Dziś w Polsce to trudne zadanie.
To kolejny wielki problem – jest mało miejsc, więc trzeba przedstawiać zaświadczenia, że rodzice długo pracują, że nie mogą odbierać dziecka wcześniej z zajęć. Albo kolejna polska tragedia, jaką jest walka o miejsce w przedszkolach. Tylko 40 proc. dzieci w wieku od 3 lat uczęszcza do przedszkoli, choć powinny wszystkie. Przedszkola, razem ze szkołą, tworzą pewien ciąg socjalizacyjny – u nas bardzo, bardzo niedoskonały.
I polski system edukacyjny hoduje skrajnych indywidualistów nastawionych na rywalizację, nie współpracę. Zresztą, to podobno dla ich dobra.
Pokutuje bowiem przekonanie, że wspieranie pracy zespołowej mogłoby skutkować tym, że ci mniej zdolni, mniej pracowici załapaliby się na tylne siedzonka i nie pracując, osiągnęliby efekty porównywalne do tych najbardziej zaangażowanych. Ale przecież ci leserzy i tak zostaliby wyłapani, jest kilka bramek, które trzeba przejść indywidualnie – jak np. egzamin gimnazjalny, matura. Poza tym grupa rówieśnicza eliminuje takich, którzy chcą „się załapać”. Szybko musieliby zrewidować swoje postępowanie.
Pełny tekst wywiadu na stronie Polskatimes.pl. Badanie zrealizowane w ramach programu „Szkoła bez przemocy” „Polski” i Fundacji Orange przy współpracy Wydawnictwa Pedagogicznego „Operon”. Patronem honorowym jest Prezydent RP Lech Kaczyński.
Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2009/09/23

