Sears Tower i zwierzaki
02.10.2009
DWA PIESKI I MAŁY KOTEK
Życie kolejnego domku, który góralskie dziewczyny muszą wysprzątać, obraca się wokół dwóch malutkich rozszczekanych piesków. Biegają wszędzie, są często przydeptywane i - to co najgorsze - robią kupę na białą wykładzinę w salonie. Pani domu wariuje na ich punkcie, co przejawia się obsesyjnym całowaniem i ciągłym mówieniem do nich. Kiedyś odwiedził ją fachowiec zajmujący się badaniem poziomu inteligencji psów i rozlokował po całym mieszkaniu chorągiewki do badań. Jak sam później stwierdził, pieski są bardzo bystre, wręcz genialne. Swego czasu jeden z nich o imieniu Bella obsikał jedną z naszych dziewczyn - Grace, czyli Grażynę Krzysiak. Na zwierzęta czasami czyha niebezpieczeństwo. Jeden z serwisów wciągnął do odkurzacza małego kota spod łóżka.
NIESFORNE OK
- Nigdy nie mów OK. To już lepiej jest powiedzieć „nie rozumiem" - uważa Beata z Małego Cichego.
- Święta prawda. Najlepiej jest mówić „no understand", tak jak Anka, i koniec tematu - podsumowała Grace. Takie krótkie słowo, a potrafi namieszać. Używane w nadmiarze powoduje, że nic już nie jest OK. Mimo że od cleaning ladies nikt nie wymaga znajomości angielskiego, taka - przynajmniej w stopniu podstawowym - przydaje się w pracy. Bywa, że właściciele domów mają specjalne życzenia, zostawiają liściki. W jednym liściku proszono nas o dokładne umycie kurków od kranu. Dziewczyny wyszorowały zaczepy, do których przymocowana jest muszla klozetowa.
- Czy mogłybyście wychodząc zatrzasnąć drzwi? Musimy wyjść - zwrócił się z taką prośbą pan jednego z domków. Skierował te słowa do najbliżej stojącej Izy, a ona po głębszym zastanowieniu oznajmiła nam zupełnie coś innego. - Dziewczyny, on chyba nie chce dzisiaj sprzątania - tak mówiła Iza.
Generalnie z klientami rozmawia szefowa. Wszelkie reklamacje i tzw. complainy, na przykład na źle umyty prysznic albo niewyczyszczenie lodówki, kierowane są prosto do niej. Dziewczynom teoretycznie język angielski jest niepotrzebny. Sama Iza Radomia jest najlepszym dowodem na to, że da się bez niego obejść w Ameryce. - Po co mi się uczyć angielskiego? Osiem lat już tutaj mieszkam i jakoś żyję bez języka. Moja Nikola to co innego, bo w szkole od razu chwyci wśród dzieci - zaznacza Iza. Inne zdanie mają Grace i Becia, które chodzą do college'u.
DOWNTOWN CHICAGO
To centrum Chicago. Dla tutejszych bynajmniej nie „dolne miasto", lecz znamionowy rdzeń aglomeracji, istota dobrobytu i piękna. To piątkowe miejsce pracy cleaning ladies. Miejsce zewsząd naszpikowane wieżowcami, które paradują niczym panny weselne pochylając się nad lustrzaną taflą jeziora Michigan. Na niej cumują setki lśniących jachtów, które należą do najbogatszych ludzi amerykańskiego show biznesu. Codziennie tędy spaceruje słońce, czai się za rogiem Sears Tower, aby w końcu zanurzyć swoje rozpalone oblicze w rześkiej toni jeziora. Widok zapiera dech w piersiach, jednakże oczy góralskie wolałyby zobaczyć zielone pagórki prowadzące pod samiuśkie Tatry. Down Town nie jest już dla nich atrakcją. Magia tego miejsca po miesiącach sprzątania w apartamentach przestała nas uwodzić. Dlatego sztandarowy widok plejady tutejszych drapaczy chmur zdecydowanie lepiej prezentuje się na zaadresowanej do rodziny w Polsce pocztówce z dopiskiem „Pozdrowienia z Chicago".
Odbiorca nie ma pojęcia o tym, że gorąco pozdrawiany jest z miejsca, po którym dziewczyny ganiają z wiaderkami i szmatami. A jak powtarza Anka z Leśnicy - tutaj wcale nie jest tak pięknie.
W DRODZE...
Highway i wszystkie inne drogi prowadzące z Chicago do domków w przeróżnych miejscach (Lemont, Orland Park czy Naperville) to żywioł dla Grace. Czuje się ona za kierownicą vana zwanego Clintonem, jak Robert Kubica w swoim bolidzie. Wstaje rano, zawsze koło piątej i rozpoczyna zbieranie dziewczyn. Nie ma co liczyć, że przyjedzie punktualnie, przeważnie około dziesięć minut później. Nieodłącznym elementem jej wizerunku jest różowa komórka.
Grace niejednokrotnie przechodzi samą siebie -potrafi prowadzić samochód gadając przez telefon, robiąc notatki drugą ręką i jednocześnie z lewą nogą na desce rozdzielczej. Żadna z nas nie zna Chicago i jego okolic tak dobrze jak Grace, która posiada naturalny GPS. Wysiadamy z auta na jej głośną komendę: - Everybody syćka wsio. Ma niepolską urodę, raczej bliżej jej do Meksykanki. Uwielbia głośną góralską muzykę i eksperymenty z koktajlami odchudzającymi. Jej śmiech jest zaraźliwy.
Clinton przez cały tydzień przejeżdża od 800 do 1000 mil, co w przeliczeniu na kilometry daje nawet 1600. Trzy razy w tygodniu odbywa się tankowanie. Samochód raz odmówił posłuszeństwa. Przyjechała wtedy Joanna z podejrzanymi kabelkami i wszystkie sześć stałyśmy pochylone nad maską, nadzorując ładowanie akumulatorów. Poza tym zdarzają się pościgi radiowozów.
Za tydzień kolejny odcinek przygód z wakacji w USA
Elżbieta Wadowska
Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2009/10/02

