Na zjeżdżalni jest jak na publicznej drodze
05.10.2009
Okazuje się jednak, że na grawitacyjnych torach saneczkowych do wypadków spowodowanych brawurą, czy wręcz ludzką bezmyślnością, dochodzi kilka razy w ciągu roku.
- Jest kolejna sprawa dosłownie sprzed kilku dni - potwierdza Zbigniew Gabryś, zastępca prokuratora rejonowego w Nowym Targu. - W tym wypadku doszło do najechania na siebie wózków. Podobną sprawę mieliśmy kiedyś na torze w Szczawnicy, ale tam obrażenia uczestników zdarzenia były poważniejsze.
Niestety, głównym powodem nieszczęśliwych wypadków na torach grawitacyjnych bezmyślność i głupota.
Paweł Murzyn, dyrektor ds. technicznych Polskich Kolei Linowych w Zakopanem, które również mają letni tor saneczkowy, potwierdza, że ludzie korzystający ze zjeżdżalni grawitacyjnych popisują się brawurą, a powinni - według dyrektora Murzyna - zachować takie zasady ostrożności jak uczestnicy
ruchu na drodze. W swoich pojazdach mają przecież hamulec, z którego powinni korzystać.
- Sami mieliśmy co najmniej kilka tego typu zdarzeń - opowiada Murzyn. - Postanowiliśmy wtedy wyposażyć wózki w specjalne hamulce, które włączają się automatycznie po przekroczeniu określonej prędkości.
Jak tłumaczy Paweł Murzyn, na Zachodzie tego typu urządzenia w ogóle nie są wyposażone w takie hamulce, a jedynie w te wykorzystywane przez jadącą pojazdem osobę.
- Chociażby na Słowacji nie ma dodatkowych hamulców - mówi Paweł Murzyn. - Zasada jest prosta, masz hamulec, to z niego korzystaj. Bierz pod uwagę również innych poruszających się na torze i pamiętaj, że najeżdżając na tył innego pojazdu, ponosisz odpowiedzialność za zderzenie.
Po tragicznym wypadku, do którego przypomnijmy doszło 20 sierpnia na torze w Kluszkowcach, nowotarskiej prokuraturze udało się odnaleźć jeszcze jednego świadka śmiertelnego wypadku młodego Ukraińca. Na podstawie tego, co mówi świadek, biegli odtworzyli przebieg zdarzeń.
Józef Słowik
Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2009/10/05

