Ten amerykański syf...
16.10.2009
Amerykańskie potężne domy, ekskluzywne rezydencje, urokliwe wille, apartamenty, rodzinne town housy - wszystkie razem wzięte znane są Polonii w Chicago jako „domki". Amerykanie coraz częściej dbają o nie, wysługując się obcymi ludźmi, którzy nie przegapią żadnej okazji do zarobienia kilku dolarów. Góralki znane z talentu do prowadzeniu gospodarstwa domowego również ułatwiają życie zapracowanej rodzinie amerykańskiej. Tak więc, podczas gdy małżonkowie są w pracy, ich dziećmi zajmują się polskie opiekunki, które wożą je do i ze szkoły, cleaning ladies czyszczą każdy zakamarek domu, posłańcy sklepowi dostarczają zakupy, a Meksykanie strzygą trawnik wokół domostwa. Niesamodzielność Amerykanów odbija się przede wszystkim na ich portfelach, na co duży wpływ mają też usługi góralskiego serwisu sprzątającego „Spotless" działającego w Chicago.
BAJZEL U FRANKA, CZYLI AMERYKAŃSKI SYF
Do jego domu panie ze Spotless zaglądają co dwa tygodnie, a i tak dom wygląda jakby ktoś wywrócił go do góry nogami. Taki dom, jaki jego pan. Sam Frank jest niechlujnym starym rozwodnikiem o polsko-brzmiącym nazwisku. Coś w tym musi być, bo kiedy Anka z Leśnicy wycierała stolik załadowany po brzegi gazetami, śrubkami, jedzeniem i czym się tylko dało, zauważyła raz wśród całej tej sterty bilet lotniczy do Polski. Spotless może obsługiwać każdy w miarę zadbany domek i dowolnie przebierać w ofertach, ale Frank jest znajomym bosski. Szefowa Joanna uważa zaś, że skoro chłop nie ma gospodyni w domu, trzeba go poratować w takiej sytuacji.
Wysłużona posiadłość Franka prezentuje się znacznie lepiej z zewnątrz, przypomina trochę magiczną chatkę. Największy ambaras był w kuchni. Zepsute mięso w lodówce, zaschnięty brud na naczyniach, robactwo w kącie i pokaźna piła do drzewa pod oknem to tylko niektóre ciekawostki tego domku.
- Patrzcie dziewczyny! Franek sobie znowu panienkę znalazł, ma nawet jej zdjęcie. Tym razem chyba Chinka albo jaka inna Azjatka - wywnioskowała Iza, przecierając komodę. - Jeszcze dwa tygodnie temu leżała tam fotografia młodej blondynki, pewnie poznanej przez internet.
Jeśli się sprząta po domkach, to się wie o ich mieszkańcach prawie wszystko, łącznie z tym, która prominentna pani domu popija sobie. To wiadomo po ilości pustych butelek po wódce, które wynosi się z kuchni. Prywatne sprawy nie uchodzą uwadze dziewczyn. Nie jest to jednak kwestia wrodzonej ciekawości cleaning ladies, ale raczej nieuniknionego przenikania się dwóch światów: Amerykanów i Polek.
Domek Franka jest jednym z najpaskudniejszych, a jednak sama Anka z Leśnicy przyznała, że lubi się nim zajmować. Każda z dziewczyn ma „swoje" domki, w których zna na pamięć wszystko, począwszy od układu pomieszczeń, umeblowania, miejsc szczególnie zabałaganionych, tych czystych również, aby na darmo nie machać szmatą, aż po najmniejsze detale, jak ułożenie ramek ze zdjęciami na półkach. Zdecydowanie więcej jest jednak domków mniej lubianych (niektóre określenia to chlew, u konia, u pijaczki). W nich to właśnie króluje amerykański syf. Samo pozbieranie z podłogi ubrań, książek, śmieci i innych przeszkód potrafi zająć nawet trzy godziny.
POLSKO-UKRAIŃSKA WSPÓŁPRACA
Na ulicy Middaugh mieszka szczęśliwa rodzina, w której czuje się atmosferę ogniska domowego niemalże na samym progu. Wnętrze tego domku wypełnia muzyka. Troje z piątki dzieci gra na skrzypcach, a wszyscy przywiązani są do dźwięków wydobywających się z tego instrumentu. Najmłodszy domownik, czteroletni Michael, polubił Natalkę z Ukrainy, dziewczynę, która pracuje z góralkami. Zadręcza ją swoimi opowieściami o szkole i kolegach i ciągle chce pomagać w obowiązkach.
Chłopiec przypomina jej córkę, zostawioną pod opieką babci na Ukrainie. Wszyscy mówią do niej Natalka, chociaż jest z nich najstarsza i najwyższa. Ma za długie nogi, żeby je zmieścić pomiędzy tylnymi siedzeniami vana. Natalka jest osobą, która łatwo i szybko dzieli się doświadczeniami swojego życia, zadziwia otwartością. Stąd już po pierwszym tygodniu pracy góralki znały jej życiorys na pamięć. Przyleciała do Chicago na spotkanie z dawno niewidzianym tatą i jednocześnie uciekła od męża. Po polsku mówi zadziwiająco dobrze, pomijając odmianę gramatyczną. Jej tradycyjne „podaj mi szmatku" weszło do słownika cleaning ladies na stałe.
U BABKI NA WÓZKU
Ta starsza, schorowana kobieta mieszkająca w południowej części Chicago jest znakiem zbliżającej się rekompensaty za cały wewnętrzny ból związany z byciem sprzątaczką. Po wysprzątaniu jej domku dostaje się bowiem należną, cotygodniową wypłatę. Wtedy przychodzi chwila na rozmyślanie. - Planujemy z chłopakiem ślub we wrześniu przyszłego roku. Na wesele już mamy pieniądze, teraz trzeba wybudować dom. Nie mogę doczekać się, kiedy wrócimy do Polski - opowiada Anka z Gubałówki.
Dziewczynom ze Spotless nie chodzi wyłącznie o pieniądze, bardziej o to, jak je spożytkują dla rodziny i własnej przyszłości. Każda ma swoje plany. To dzięki nim da się zapomnieć o prozie codziennego dnia, który jest podobny do poprzedniego. O tym, że rutyna psuje poranki, wie Iza z Radomia (jedyna ceperka w ekipie), która pracuje w USA już dziewięć lat. Taki kawał czasu wystarczył, aby nauczyła się mówić góralską gwarą.
Elżbieta Wadowska
Za tydzień kolejny odcinek przygód z wakacji w USA
Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2009/10/16

