Jak się bawiła arystokracja
08.01.2010
Olszyńska przed II wojną światową mieszkała na Podolu. W 1944 ojciec, chcąc uciec przed Armią Czerwoną, zdecydował się na wyjazd do Raby Wyżnej. Znał tutaj rodzinę Głowińskich, właścicieli majątku. - Przed II wojną światową, bale to dla szlachty na Kresach było wielkie wydarzenie. Takie na kilka o ile nie kilkanaście majątków - mówi hrabina. Opowiada, że arystokracja bawiła się z wielkim rozmachem.
- Tradycją były kuligi. Czasami było tyle śniegu, że konie gubiły drogę - wspomina Olszyńska. - W rękach trzymaliśmy pochodnie. Wszyscy jechali na bale do tych dworów, które mogły pomieścić jak najwięcej ludzi.
Bale to była jedna z niewielu okazji do poznania kandydata na męża. Młode panny długo obserwowały młodych szlachciców. Ostateczna decyzja należała jednak do rodziców. Mezalians nie wchodził w grę.
Hrabina Olszyńska, znajduje też w swoje pamięci karnawał, o którym chciałaby jak najszybciej zapomnieć. - Najgorzej wspominam zabawę karnawałową zorganizowaną w 1945 roku w domu przy kościele w Rabie Wyżnej. Przyszli wtedy partyzanci „Groźnego", który walczył u Ognia i zabili jednego z milicjantów - wspomina. - Widziałam, że ten świat był już inny, nie było tyle przepychu i takiego rozmachu jak przed wojną.
Skończyła się wojna. Polska zaczęła organizować nowy system. I okazało się, że bal u starosty nowotarskiego, to nie wymysł obecnych władz powiatu. Pierwszy został zorganizowany jeszcze w styczniu 1946 roku.
- Pamiętam jak dziś. Był rok 1946. Starosta nowotarski, były wojewoda tarnopolski, zaproponował zorganizowanie balu. Ówczesna siedziba starostwa mieściła się niedaleko kościoła św. Katarzyny w Nowym Targu. Budynek posiadał piękną salę obrad i tam postanowiono zorganizować bal. Zaproszono przedstawicieli gmin z terenu powiatu - przypomina sobie hrabina.
Olszyńska jako pracownica Urzędu Gminy w Rabie Wyżnej również otrzymała zaproszenie.
- W styczniową sobotę rozpoczął się pierwszy powojenny bal na Podhalu - opowiada Olszyńska. - Bal jak każe tradycja zaczął się polonezem. Po nim, ubrana we frak i w towarzystwie dwóch panów przebranych za baletnicę, tańczyłam i stepowałam. Po północy wjechałam na salę w specjalnie wykonanej łódce. Tym razem w błękitnej sukni w towarzystwie gondoliera odtańczyłam walc wiedeński. Pomimo trudnego, powojennego okresu to był naprawdę piękny bal, nawiązujący tradycją do tych, jakie znałam.
Władze komunistyczne przez dwa pierwsze lata po wojnie nie były jeszcze tak represyjne dla ludzi wysoko urodzonych.
- Te czasy nie wrócą już nigdy. Bale arystokracji miały w sobie nie tylko mnóstwo przepychu, ale były też okazją do spotkania się z sąsiadami, znajomymi, rodziną. Każdy słyszał drugiego i mógł swobodnie porozmawiać, a muzyka nie zagłuszała ludzi. Tego brakuje dzisiaj. Muzyka nie była wtedy jedynym elementem spotkania, a jedynie narzędziem do zabawy, o czym się często obecnie zapomina. Cieszy mnie, że znów zdarzają się prawdziwe bale. Już nie wszyscy chcą chodzić na dyskoteki - kończy z nostalgią hrabina Olszyńska.
Józef Słowik
Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2010/01/08

