Zakopane — portal z-ne.pl

Byłam w labiryncie

19.02.2010

Byłam w labiryncie

Nazywam się Sylwia Mensfeld, mam 31 lat. Pisałam już nieraz o schizofrenii i o wynikającej z niej bólu samotności, o izolacji. Pisałam i pisać będę i to nie dlatego, że brakuje mi polotu czy wyobraźni, że zamknęłam się w świecie własnych ograniczeń czy lęków ani też nie dlatego, że uporczywie potrzebuję rozliczyć się ze swą przeszłością. Ja po prostu wiem, że problem odtrącenia chorych umysłowo wciąż jeszcze jest nazbyt aktualny.

Nie raz zdarza się, że ludzie, którym mówię po krotce o mym stanie permanentnego schizofrenicznego „wywyższenia" i „zstąpienia do piekieł" milkną w pół zdania, ze skrępowaniem próbując podjąć na nowo rozmowę lub uciekają wzrokiem. A przecież psychotyczne treści są bardzo ludzkie, bazują bowiem na tym co najbardziej osobiste, najintymniejsze. Bazują na głęboko ukrywanych lękach, ale i marzeniach. Są odzwierciedleniem treści podświadomych docierając do samego centra ego, ukazują burzliwość i ogrom życia psychicznego, które naraz objawia się jako wielkie apogeum. To, co człowiek czuje, nigdy nie pozostaje obojętne, każde zdarzenie, z którym wiążą się emocje, ożywia te emocje, one zaś a także z pozoru błahe zdarzenia uwzniośla psychoza.

Tak było i w moim przypadku. Gdy miałam 19 lat, zaczęłam „widzieć naprawdę". Wokół były anioły, ale i demony, wszelakiego rodzaju byty i zjawy, diabły, zmarli. To postrzeganie stało się barometrem mej wrażliwości. Nic już nie było takie jak przedtem. Poczęłam doświadczać stany ekstatycznego szczęścia, szalonej, niczym nieograniczonej rozkoszy, stałam się sama dla siebie dziełem sztuki, dziełem, w które egocentrycznie wpatrzona kontemplowałam w jego czystym pięknie. (...) Przyjemne doznania sprawiły, że po ich ustąpieniu świat normy wydał mi się światem przeklętym.

Teraz jest dobrze. Nauczyłam się funkcjonować w świecie pośrednim, biorę z niego tyle ile tylko zdołam, ile jestem w stanie i mogę, a trochę już mogę. Spotykam się z przyjaciółmi, których nareszcie posiadam, piszę, maluję. Ktoś powie, jakie to normalne, lecz ja wiem, że nic nie jest normalne i już nigdy nie będzie. Wszystko ma swoją tajemnicę, zawiera jakby „drugie dno".

Kiedyś na wykładach z dydaktyki miałam zajęcia języka polskiego w szkole podstawowej. Siedziałam wtedy naprzeciw wielkiego odsłoniętego i nasłonecznionego okna. Przede mną roztaczała się wspaniała panorama Nowego Targu, którego punktem centralnym był szpital. I ja zapatrzyłam się w ten szpital. Wróciły wspomnienia, nadeszła refleksja. Kiedyś będąc w tymże miejscu żyłam pozbawiona złudzeń. (...) Był to czas kiedy Bóg umarł. Stałam się więźniem samej siebie, ciała, które chciało żyć, a nie wiedziało po co, ciała, które ze wszech miar pragnęło aktywności, działania, lecz nie wiedziało jakie działanie mogłoby podjąć. Pomyślałam, że wtedy w tym szpitalu nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że kiedyś będę na niego spoglądać tak wiele zyskawszy, po tym jak zwyciężyłam i wzniosłam się ponad własne ograniczenia, że będę spoglądać na niego jako studentka, jako osoba zintegrowana ze społeczeństwem i osoba operatywna. Otrzymałam tzw. zwykłą normalność, lecz nim się to stało wiele musiałam przeżyć. Bym mogła się narodzić, musiałam z pustki powstać, bym potrafiła poruszać się w codziennym labiryncie dróg, musiałam spotkać się sam na sam z okrutną obojętnością, brakiem.

Sylwia Mensfeld

napisz do mnie sylwia-79.79@tlen.pl

Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2010/02/19