U Irlandczyków i Polki
02.04.2010
Dni wolne od pracy to rarytas dla góralek z serwisu sprzątającego w Chicago „Spotless". Kiedy nastają, aż nie chce się wracać do emigranckiego fachu. A rankiem znowu czarna parzona i ten feralny poniedziałek. Wraz z nadejściem wiosny odwiedzamy nasze góralki za wielką wodą.
U ROSEMARIE
Język angielski jest o wiele mniej kulturalny od polskiego skoro w Ameryce mówi się do wszystkich na „Ty". Zgodnie z tą regułą nie ma nic zuchwałego w tym, że góralki mówią „Jak się masz" do Rosemarie, 85-letniej siwej pani, która mogłaby być ich babcią.
Może to kwestia dobrych manier, ale Amerykanie przeważnie nie narzekają i odpowiadają, że u nich wszystko w najlepszym porządku. Rosemarie rzuca krótkie „good" na powitanie sprzątaczek, a za chwilę pokazuje miejsce w kuchni, gdzie rozsypała makaronowe muszelki i musiała zbierać je na kolanach, bo plecy już nie te co za młodu. Wtedy to zakochał się w niej przystojny oficer, a późniejszy mąż, który jednak nie doczekał spokojnej starości pod jednym dachem z Rosemarie.
Sympatyczna pani domu została sama w obszernym parterowym budynku z brukowanym podjazdem do garażu i zieloną działką, którą co jakiś czas kosi pracownik firmy ogrodowej.
Starość w Ameryce jest nierozerwalnie połączona z samotnością. Nie ma w sobie nic z góralskiej kultury, która krzewi zwyczaj mieszkania z dziadkami i opiekowania się nimi aż do śmierci.
Takiej powinności brakuje młodym Amerykanom, którzy po opuszczeniu rodzinnego gniazdka opuszczają też swoich rodziców. Starsi zostają więc sam na sam z własną starością. Może to powód zjeżdżania Polaków do ojczyzny? - Bałem się zostać, żeby kłopotu nie robić. Jakbym tam umarł, trzeba by płacić osiem tysięcy dolarów za przewóz trumny do Polski - mówi Paweł Budz, który po 22 latach wrócił do Polski.
Do Plainfield, gdzie mieszka Rosemarie, co dwa tygodnie przyjeżdża Grace z Cichego. Plainfield to miasteczko samotnych emerytów, nawet dozorca czatujący przy bramie wjazdowej ma osiemdziesiątkę na karku. Mieszkańcy korzystają z pól golfowych, posiadają do dyspozycji ekskluzywne auta, a nawet malownicze jezioro. Nie jest to dla Rosemarie żadnym pocieszeniem, skoro na stare lata nie ma z kim pogawędzić. Dopiero wizyty Grażyny przynoszą jej odrobinę rozrywki. Raz każe jej zabić pająka w kabinie prysznicowej, a innym razem szukają wspólnie żółtej literki „Z", która przepadła, gdy ostatnio wnuk Rosemarie bawił się alfabetem. Starsza pani chętnie opowiada o swoich polskich korzeniach i rodzinie z Poznania.
Na „goodbye" daje w prezencie różaniec (kolejny otrzymamy pocztą) oraz wodę kolońską po mężu.
U IRLANDCZYKÓW
Ten domek w grafiku góralskiego serwisu sprzątającego widnieje w piątkowej rubryce. Jest pierwszym tego dnia, bo tak sobie zażyczyli domownicy rodem z Irlandii. Sami wyznaczyli wczesną porę sprzątania, choć ciężko im świtem wstać na nogi. Mija trochę czasu zanim zwleką się z łóżka i zaproszą do domu. Kobieta bez makijażu ze skołtunioną fryzurą albo mężczyzna chudy jak ostrewka w pasiastej piżamie - to pierwszy obrazek po otwarciu drzwi.
Góralkom nie umknęło, że państwo domu śpią w oddzielnych łóżkach i na zupełnie innych piętrach. Dziewczyny mają dzięki temu temat do rozmowy na półtorej godziny. Szorują lepki zlew, wyrzucają zgniłe produkty z lodówki, sprzątają nieczystości za psem, a w międzyczasie śmiało dochodzą przyczyn kryzysu w małżeństwie klientów. Oj, dobrze, że domownicy nie znają polskiego.
- Nie cierpię tego zaduchu u Irlandczyków, pukli włosów po podłodze i zapchanych kranów. Oprócz nas nikt tam nie ruszy nawet palcem przez dwa tygodnie - żali się góralka z ekipy sprzątającej Spotless. Łazienki u Irlandczyków bywają szczególnie ubabrane. Zalegające włosy po goleniu i porozrzucana bielizna to główne problemy właścicieli zapuszczonego domu.
Cleaning ladies nie muszą zbierać osobistych rzeczy, ale zawsze można ostentacyjnie powiesić majtki pani domu na widoku. To będzie odwet za niehigieniczne warunki pracy.
W NIEDZIELĘ I OD ŚWIĘTA
Wydawać by się mogło, że po tak wyczerpującej pracy, jaką jest latanie po schodach czy odkurzanie wykładzin na wzór szlaczka przypominającego choinki, góralki spędzą weekend na rekonwalescencji.
Nic bardziej mylnego. Te dwa wolne dni, a czasami nawet jeden, to idealna okazja na zakupy albo dyskotekę. W polonijnym Chicago nocne życie kwitnie dzięki takim lokalom jak Orion, Watra czy Bluesky. Aby wejść, wystarczy mieć tak zwane ID potwierdzające ukończenie 21 lat. Nie musi być własne ID. Ochroniarze przymykają oko.
Cleaning ladies bawią się na dyskotece przeważnie, gdy żegnają jedną ze swojego grona. To przyjacielskie imprezy, ale i smutne, bo zwiastujące rozstanie.
O wiele lepiej spotkać się na meczu siatkówki nieopodal Chicago albo pod namiotem podczas pieszej pielgrzymki do Merilleville. To coś zupełnie innego niż codzienna wspólna harówka po domkach.
Dziewczyny nie lubią pracować w wielkie święta religijne i narodowe. Wolałyby mieć wtedy wolny dzień, ale nie zawsze się to udaje.
Elżbieta Wadowska
Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2010/04/02

