Akcja pod Małym Jaworowym
16.08.2007
Nie zdołano ocalić rannego taternika, Stanisława Szulakiewicza, a wybitny ratownik - "król przewodników tatrzańskich" - Klimek Bachleda zginął, niosąc poszkodowanemu pomoc.
"Akcja ratunkowa po Stanisława Szulakiewicza pod Małym Jaworowym" była tematem wtorkowych posiadów w "Biołej Izbie" Związku Podhalan w Zakopanem. W przejmującej ciszy słychać było echa zawołania "Klimku, wracajcie!".
Przewodnik tatrzański pierwszej klasy i ratownik Klemens Bachleda, przez wszystkich nazywany Klimkiem, był najlepszym znawcą gór i wspinaczem po polskiej stronie Tatr. Cieszył się wielkim poważaniem. Gdy Mariusz Zaruski powołał do życia Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe, liczący już 60 lat Klimek od razu stał się jego podporą.
5 sierpnia 1910 r. na niezdobytą jeszcze wówczas północną ścianę Małego Jaworowego wspinali się dwaj taternicy - Stanisław Szulakiewicz i Jan Jarzyna. - W trakcie próby przejścia dziewiczej trasy doszło do wypadku. Jarzyna odpadł od ściany, pociągając za sobą asekurującego go Szulakiewicza. Złączeni liną taternicy spadli. Jarzyna doznał lekkich obrażeń, Szulakiewicz miał uszkodzony kręgosłup i nie był w stanie się poruszać - opisywał Jan Krupski, honorowy przewodniczący Koła Przewodników Tatrzańskich im. Klimka Bachledy w Zakopanem.
Jarzyna ułożył towarzysza na półce skalnej, zabezpieczył go przed upadkiem i zszedł do schroniska nad Morskim Okiem, by telefonicznie zaalarmować TOPR. Klimek Bachleda wraz z Zaruskim, Stanisławem Zdybem, Romanem Kordysem i Aleksandrem Znamięckim pośpieszyli na ratunek.
Dobrze po północy ekspedycja ratunkowa TOPR dociera na góralskich furkach do Jaworzyny. Dalej, do Doliny Jaworowej, ratownicy idą pieszo. Warunki są ciężkie. Deszcz przechodzi w mokry śnieg pomieszany z gradem. Mały Jaworowy spowija gęsta mgła. W ciemnościach ratownicy wspinają się na ścianę. Poprzez wichurę słyszą wołanie Szulakiewicza. Mylą drogi we mgle. Ranny milknie. - Po ośmiu godzinach w akcji pozostają tylko dwa zespoły. Pierwsi idą w górę związani jedną liną Klimek Bachleda, Mariusz Zaruski i Stanisław Zdyb. Za nimi podążają Roman Kordys i Aleksander Znamięcki. Klimek ciągle prze w górę. Wspinają się za nim, bo boją się głośno powiedzieć, że trzeba wracać. Lina łącząca Bachledę i asekurującego go Mariusza Zaruskiego zaczepia się o skałę. Klimek odwiązuje się i wspina dalej sam, bez asekuracji. "Wracajcie, Klimku!" - woła za nim Zaruski. Klimek tylko macha ręką. W gęstej mgle, bez asekuracji, wdziera się na skalną platformę, ale nie dostrzega wciśniętych między głazy zwłok Szulakiewicza. Zaruski i Zdyb ruszają za Bachledą. Gubią go jednak z oczu, skręcają w lewo. Dopada ich kryzys. Mają przywidzenia, omdlenia, zawodzi koordynacja ruchów. Decydują się wracać. Nie wiedzą, że są tylko kilkadziesiąt metrów od zwłok Szulakiewicza. Dostrzegają Klimka. Stoi kilkadziesiąt metrów od nich. Jest bardzo zmęczony. "Klimku, wracajcie!" - woła znów Zaruski. Klimek macha dwa razy, ramieniem wskazując grań pomiędzy Małym Jaworowym a sąsiednią turnią. Rusza w górę. Uparcie szuka drogi, którą mogliby iść Jarzyna z Szulakiewiczem. Wchodzi na wąską półkę skalną. Czołga się pod skałami. Pod nim zieje dwustumetrowa przepaść. Wreszcie drogę zagradza mu gładka, pochylona płyta. Klimek na brzuchu próbuje przepełznąć przez nią. Ręka nie znajduje jednak oparcia, Klimek zsuwa się w dół. Serdak i bluza zaczepiają o ostry skalny szpikulec, ale drobny Klimek wyślizguje się z nich i w koszuli leci dwieście metrów w dół - ostatnie chwile z życia Klimka Bachledy przypomniał Jan Krupski.
(RAV)
Źródło: Dziennik Polski - www.dziennik.krakow.pl - 2007/08/16

