Zakopane — portal z-ne.pl

Uzależnieni od Tatr

21.03.2008

Uzależnieni od Tatr

Kogoś zapewne zdziwi wiadomość, że jednymi z pionierów taternictwa byli księża. Słynny proboszcz zakopiański, ksiądz Józef Stolarczyk, nie tylko wpoił Podhalanom pobożność, z której słyną do dziś, nauczył górali (podobno nie szczędząc kija w dosłownym znaczeniu), że w niedzielę najpierw trzeba iść na mszę, a dopiero potem do karczmy Singera, nie tylko uświadomił góralkom, że przed ślubem to grzech. Także, mimo znacznej tuszy, wiele wędrował po Tatrach, wchodząc m.in. na Gerlach, Łomnicę i Lodowy, a Baranie Rogi zdobył jako pierwszy.

Zasłynął też zakopiański pleban jako autor oryginalnego sposobu pokonywania wąskich grani. Kiedy ujrzał przed sobą ostry kant Żabiego Konia, po obu stronach podcięty przepaściami, nie namyślał się długo, tylko usiadł na nim okrakiem, jak na kobyle i odpychając się rękami, posuwał się naprzód. A że był w sutannie, możemy sobie wyobrazić doznania towarzyszące wspinaczce. „Metoda księdza Stolarczyka”, mimo swych niedogodności, jest do dziś stosowana przez co ostrożniejszych tatrzańskich turystów.

Orlą Perć, najsławniejszy szlak tatrzański, zawdzięczamy księdzu Walentemu Gadowskiemu. Podziw musi budzić niezłomność, z jaką kapłan ten w początkach XX w. pokonywał przeszkody, by zrealizować „piękne marzenie”, jak nazwał wytyczoną przez siebie przepaścistą ścieżkę, na której opuszczali go nawet góralscy pomocnicy, bo się im „mąciło w głowie”. Gadowski umyślił sobie, że ten podniebny szlak będzie dla młodzieży szkołą patriotyzmu i hartu ducha. Od tego czasu Tatry przyciągnęły wielu księży. Jednym z nich jest ks. Zbigniew Pytel, rodem z Białki Tatrzańskiej, autor albumów fotograficznych „Mistyczne Tatry”. Chodził po nich od dziecka, najpierw głównie dla punktów do górskiej odznaki turystycznej. Zrozumienie mistyki gór przyszło po latach, na Kościelcu. W mroźny i wietrzny dzień, kiedy Tatry pogrążyły się w śnieżycy.

– To było 2 stycznia 1999 roku – wspomina. – Kilka metrów przed wierzchołkiem poczułem równocześnie strach i wielkie pragnienie wejścia na szczyt. Po raz pierwszy poczułem tak mocne zjednoczenie z żywiołem gór. Kościelec do dziś pozostał dla mnie wielką katedrą.

Rok wcześniej na tej samej górze zginął przyjaciel, ks. Piotr Janczy. W miejscu, gdzie znaleziono jego zwłoki, ks. Zbigniew odprawił mszę świętą.

– Ktoś, kto nigdy tego nie doświadczył, nie zrozumie, jak silnym mistycznym przeżyciem jest uczestniczenie w Eucharystii w górach – mówi. – Czasem pytają mnie, czy taternictwo nie jest przeciw piątemu przykazaniu, czy się nie kłóci z naszą wiarą. Nie, nie kłóci się. Mówię to jako ksiądz i taternik. Ja nie idę, żeby się zabić w górach. Idę, żeby doświadczyć sacrum.

Tatrzańskie pionierki

Feministki powinny być dumne, że pierwszą odnotowaną przez dziejopisów osobą, która udała się w Tatry w celach, jakie dziś nazwalibyśmy turystycznymi, była Beata Łaska, małżonka pana na Kieżmarku Olbrachta Łaskiego, a działo się to w roku 1565. Niestety, pionierka stała się także pierwszą znaną ofiarą Tatr, choć ani nie spadła ze skały, ani nie poleciała z lawiną. Przeciwnie, powróciła z wyprawy. Katastrofa czekała ją w domu. Pan małżonek się wściekł i pionierkę tatrzańskiej turystyki zamknął w wieży.

W tamtych czasach podobna wyprawa, podjęta bez męża, musiała się wydać podejrzana. Nie dość, że kieżmarska pani wzięła z sobą męskich przewodników, co było policzkiem dla ówczesnej moralności, to jeszcze zapuściła się w głąb dzikich wówczas i niezbadanych Gór Śnieżnych. A te, jak wiadomo, zamieszkane były wówczas przez złe duchy, dziwożony i inne nieczyste siły. I tak miała szczęście, że uniknęła posądzenia o czary. Sześć lat spędzonych w wieży tak nadwątliło jej siły, że wkrótce po uwolnieniu zmarła.

Kobiety, które pojawiły się w Tatrach w początkach XX w., nie miały już takich kłopotów. Niektóre z nich za swą pasję zapłaciły wysoką cenę. W 1928 r. na Ostrym Szczycie zginęły Zofia Honowska i Jadwiga Krókowska, a rok później urodziwe siostry Marzena i Lida Skotnicówny roztrzaskały się o kamienie pod południową ścianą Zamarłej Turni. Nie odstraszyło to następczyń. Wśród nich w połowie lat 60. pojawiła się młoda siatkarka Wanda Błaszkiewicz, która wkrótce pod nazwiskiem Rutkiewicz zasłynęła jako jedna z najwybitniejszych w świecie himalaistek.

Kiedy w Tatry przywędrowała nowa mania, której na imię ski-alpinizm, panie i tu znalazły się w czołówce. Objawieniem ostatnich sezonów jest Klaudia Tasz z Zakopanego. To co wyprawia na nartach, przeciętnemu narciarzowi „przywyciągowemu” podnosi włosy na głowie. Zjazd z Hińczowej Przełęczy wprost nad Morskie Oko ścianą Mięguszowieckiego Szczytu, przez lawiniasty kocioł zwany Małym Bandziochem. Albo z Rysów „rysą”, czyli widocznym na każdym zdjęciu ukośnym żlebem, biegnącym w poprzek ściany, tuż nad przepaścią. Ten ostatni zjazd podobno nie jest nawet taki trudny!

– Trochę mnie śmieszy, że ski-alpinizm uważa się u nas za coś niezwykłego – mówi. – Przecież Stanisław Barabasz robił to w Tatrach już ponad sto lat temu. Potem Zaruski i inni. Przed wojną Bronisław Czech zjechał ze szczytu Kościelca. A dziś ta dyscyplina jest w Polsce prawie nieznana, podczas gdy np. we Włoszech uprawia ją mnóstwo ludzi.

I ona, jak wielu, zaczynała na pólkach obok wyciągów. Jednak jej to szybko przestało wystarczać. – Od dziecka miałam dużo energii, więc nie chciało mi się stać w kolejkach – opowiada. – Z zazdrością patrzyłam na ludzi, którzy podchodzili na Kasprowy na fokach, wolni i niezależni. W końcu sama zaczęłam to robić. Czy zjeżdżając trudnymi żlebami można sobie zrobić krzywdę? Teoretycznie tak, ale przecież nikt nie zaczyna od Hińczowej. Ja poszłam tam dopiero wtedy, kiedy poczułam się gotowa, a warunki sprzyjały. Małym Bandziochem rzeczywiście przez całą zimę co chwila coś leci, ale ja zjeżdżałam na początku maja, na całej trasie była blacha. Tak, to był mój najtrudniejszy technicznie zjazd, ale wcale tego nie czułam. Jechało się wspaniale, byłam po prostu szczęśliwa, choć nie kryję, że nogi bolały.

Klaudia Tasz zastrzega, że ekstremalne wyczyny nie są jej celem. – Nic na siłę. Jeśli kogoś naprawdę ciągnie do gór, jeśli ma na nie prawdziwy apetyt, sukcesy przyjdą przy okazji.

Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2008/03/21