Capy na grani
17.10.2008
Tak zdarzyło się już kiedyś w wąwozie Kraków. Pewnie zdarzy się i teraz. Lisy i kruki już czekają na padlinę... Kiedy jesień w pełni i zaczyna się gon, czyli sezon godowy kozic – nie ma litości. Rozmnaża się ten samiec kozicy, który wygra pojedynek. Silniejszy, bardziej sprawny, potężniejszy. Na zwycięzcę czeka kierdel kóz, czyli stado samic. Już w październiku zbijają się w gromadki złożone z matek z tegorocznymi koźlętami. Dołącza do nich potomstwo z poprzednich lat. Za chwilę powiedzie je zwycięski cap. Takie stada najłatwiej wypatrzeć. Zresztą w czasie gonu zwierzaki są mniej płochliwe.
Dlatego właśnie każdej jesieni, od 1957 roku, trwa coroczne liczenie pogłowia kozic w Tatrzańskim Parku Narodowymi jego słowackim odpowiedniku. Po polskiej stronie obszar występowania kozic dzielony jest na 30 oddziałów, w każdym przez dwa, trzy dni dwóch doświadczonych obserwatorów chodzi z lornetką i wypatruje rogatych zwierzaków.
To niebezpieczne zadanie. Już teraz w Tatrach leży śnieg, a na przełomie października i listopada, kiedy odbędzie się tegoroczne liczenie, będzie go jeszcze więcej. Trochę więc się cieszę, że nie ja będę wspinać się po turniach, ponad piętro kosodrzewiny, po oblodzonych skałach i wypatrywać capów, kóz i koźlątek, którym już pierwszej jesieni wyrastają maleńkie, „diabelskie” różki.
Trochę zaś obserwatorom zazdroszczę. Bo zobaczyć pojedynek rogatych mocarzy albo maluchy ślizgające się po śniegu „z górki na pazurki” pod okiem jednej opiekunki, kiedy reszta skubie pędy wrzosów, kosodrzewiny, jarzęba czy borówek, to musi być przeżycie. Tak czuję, wyobrażając sobie sceny z życia kozic, kiedy siedzę w przepastnym fotelu, w domu na brzegu Puszczy Wierzchucińskiej na Kaszubach, niemal tysiąc kilometrów od Tatr. Płomień tańczy wesoło w kominku, Bryś grzeje moje stopy, a pożywki dla naukowych fantazji dostarcza książka „Capy, kozy i koźlęta, czyli prawie wszystko o kozicach ”Filipa Zięby i Tomasza Zwijacza-Kozicy. Książka świetna, bo opisująca w prosty, logiczny sposób życie tatrzańskich kozic.
Na przykład to, że ich rogi rosną przez całe życie, a nie są zrzucane jak poroże jeleni czy łosi, imają je zarówno samce, jak i samice. Najpotężniejsze są rogi capów starszych niż pięć lat. Bardziej zakrzywione niż rogi kóz osiągają ćwierć metra długości, a wysokość taką jak dłoń dorosłego mężczyzny. Rozmiary można ocenić nawet z pewnej odległości, przez porównanie z uszami, które mają dość stałą długość – od 10 do 13 cm.
Najstarsze kozice na wolności dożywają dwudziestki, a umierają głównie z powodu lawin. Drapieżnikiem zbierającym największe żniwo jest ryś, czasem wilk, najrzadziej – niedźwiedź. Raz w roku, w maju, kozy rodzą młode, po ciąży trwającej całą zimę i wczesną wiosnę. Maluchy od razu gramolą się na nieproporcjonalnie długie nóżki, ale dopiero następnego dnia chodzą za matką. W tym czasie ojcowie żyją samotnie lub w grupach dwóch, trzech kawalerów, troszcząc się wyłącznie o zapełnienie własnego brzucha.
Z badań alpejskich kozic wiemy jednak, że od czasu do czasu dorośli obu płci spotykają się w miejscach zwanych lizawkami. Zwierzęta uzupełniają w nich niedobory składników mineralnych, w tym sodu. Jest on szczególnie ważny dla karmiących matek. Niestety, nie mogą udać się do lizawki z malcami, bo to miejsce, gdzie zwykle jest tłoczno, a bywa też brutalnie (poza czasem gonu samce nie są szarmanckie). Jak karmiące matki sobie radzą? Zostawiają pociechę pod opieką innej matki z dzieckiem. Kiedy się naliżą, a trwa to czasem półtorej godziny, wracają i w rewanżu zajmują się jej i swoim dzieckiem.
Naukowcy znakowali kozice i zauważyli, że wymiana usług zachodzi często między tymi samymi matkami. Podejrzewają, że między siostrami. A ja, patrząc w kominek, wyobrażam sobie raczej wierną przyjaźń dwóch przyjaciółek. Taką na dobre i na złe. Na lato, zimę i listopadową słotę, która właśnie nadchodzi.
Marzenna Nowakowska
Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2008/10/17

