Zakopane — portal z-ne.pl

Weekend w Tatrach. Węgierka zginęła, turysta z Oświęcimia cudem przeżył

03.11.2008

Weekend w Tatrach. Węgierka zginęła, turysta z Oświęcimia cudem przeżył

Do śmiertelnego wypadku doszło w sobotę. W rejon Hali Gąsienicowej wyszła kilkunastoosobowa wycieczka Węgrów. Sześć osób postanowiło iść dalej. Ruszyli w stronę Zawratu, gdzie zaczyna się Orla Perć. Węgrzy byli dobrze wyekwipowani i przygotowani na zimowe warunki. Z relacji uczestników wycieczki wynika, że ich 31-letnia koleżanka poślizgnęła się na dość łatwym terenie i runęła w dół. Kobieta miała przy sobie raki, ale nie założyła ich, bo uznała, że teren jest jeszcze zbyt łatwy... Dwóch jej kolegów, którzy próbowali zejść po nią w dół, również nieco się poturbowało.

Gdy się okazało, że dojście do dziewczyny jest niemożliwe, turyści zaalarmowali TOPR. Na miejsce zdarzenia wysłano śmigłowcem ratowników i lekarza.

– Mimo długiej reanimacji kobieta zmarła – mówi „Krakowskiej” Piotr Bednarz, ratownik dyżurny TOPR. Z miejsca wypadku udało się prawie natychmiast zabrać dwóch poszkodowanych Węgrów, później jednak transport zwłok był uniemożliwiony przez silny wiatr. Ciało turystki ratownicy znieśli na noszach.

Więcej szczęścia miał 26-letni turysta z Oświęcimia – choć i jego wyprawa w góry mogła się skończyć tragicznie. W piątek wybrał się na Orlą Perć. W rejonie Koziej Przełęczy pośliznął się i zsunął prawie 300 metrów w dół. Mężczyzna zatrzymał się nad samą przepaścią i sam nie był wstanie wyjść z powrotem. Wypadł mu też z kieszeni telefon komórkowy. Trzy dni czekał, aż ktoś usłyszy jego wołanie. W końcu w niedzielę doczekał się pomocy. Dwóch ratowników TOPR wybrało się na Orlą Perć, aby zdemontować tzw. migratory (urządzenia do liczenia turystów). W pewnym momencie usłyszeli krzyki dobiegające z rejonu Koziej Przełęczy. Turysta został przetransportowany śmigłowcem do zakopiańskiego szpitala. Ma obrażenia klatki piersiowej i głowy, ale jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.

– We mgle pomyliłem drogę i wracając odpadłem na kawałku kruchego lodu – relacjonuje oświęcimianin. – Niestety nie zdążyłem wyhamować upadku czekanem i zsunąłem się w dół. Na szczęście byłem dobrze wyposażony, miałem ciepłe, nieprzemakalne ubranie i śpiwór. Niestety, w czasie upadku z plecaka wyleciały mi m.in. kanapki.

Turysta miał ogromne szczęście, ale i pecha. W piątek ani w sobotę nikt nie usłyszał jego wołania. – W sobotę widział lecący do Węgierki śmigłowiec i ratowników – mówi Adam Marasek z TOPR. – Niestety okazało się, że nie chodzi o niego. Wiejący w tym dniu silny halny zagłuszył jego wołanie.

Przemysław Bolechowski

Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2008/11/03