BYŁEM – WIDZIAŁEM. LAWINA!!!
20.02.2011
Jak wyglądał poranek tamtego dnia?
Niebo było przysłonięte chmurami na dość wysokim pułapie, dużo powyżej otaczających nas szczytów. Temperatura na granicy dwóch do czterech stopni w plusie. Wiał wiatr.
Czy „warun” był na tyle dobry, aby nawet przy ogłoszonej przez TOPR lawinowej 1 można było spokojnie wyjść w wyższe partie gór?
Moim zdaniem nie była to 1. Na podstawie prowadzonych przeze mnie, kilkudniowych obserwacji pokrywy śnieżnej w rejonie, w którym się znajdowałem, przypuszczam, że tamtego dnia ogłoszony stopień zagrożenia lawinowego był dla tego konkretnego obszaru za niski. Zwłaszcza na stokach o wystawie północnej. Po godzinie17 tego samego dnia, TOPR ogłosił dwójkę.
Jakie były warunki atmosferyczne poprzedniego dnia?
Poprzedniego dnia temperatura wahała się oscylując w granicach zera. Wiał bardzo silny wiatr.
Padał śnieg?
Nie. Natomiast na wskutek silnego wiatru, duże masy luźnego śniegu na grani nawiane zostały na północne stoki nie wiążąc się z podłożem. Dlatego pomimo ogłoszonej lawinowej 1 należało wykazać się doświadczeniem i subiektywną oceną warunków nie traktując stopnia zagrożenia jako żelaznego pewnika na niskie prawdopodobieństwo zejścia lawiny.
Opowiedz, jak z Twojej perspektywy wyglądało to, co działo się na chwilę przed zejściem lawiny.
Siedzieliśmy z kolegą w pokoju w schronisku. W pewnym momencie kolega zwrócił moją uwagę na jakichś ludzi podchodzących do góry letnim wariantem. Zimą ten szlak jest nie do przejścia, ponieważ prowadzi w rejonie bardzo lawiniastym.
Czy była to duża grupa?
Tak. Kilkuosobowa, poruszająca się niczym pociąg towarowy, czyli noga za nogą.
Czyli rozumiem, że nie zachowywali odstępów zalecanych przy poruszaniu się w terenie zagrożonym zejściem lawiny?
Nie. Poruszali się w dwóch zespołach. Pierwszy zespół był wyżej, w odległości mniej więcej 100 metrów od drugiego. Nie jestem w stanie dokładnie podać liczby metrów, ale niewątpliwie dzieliła ich pewna odległość. Natomiast w obrębie grup poruszali się zwartą ławą.
Jak długo ich obserwowaliście?
Nie dłużej niż dwie minuty.
Co się wtedy stało?
W pewnym momencie widzimy, że urywa się deska śnieżna i osoby idące w pierwszym zespole lecą w dół porwani przez lawinę.
To musiał być dramatyczny widok.
Bardzo. Sam byłem kiedyś uczestnikiem upadku z wysokości w górach. Przeleciałem 200 metrów, dlatego obserwując osuwający się śnieg nie ogarnęła mnie panika, ale na moich kolegach zrobiło to ogromne wrażenie. Widzieliśmy postacie niczym z filmu katastroficznego, spadające jak bezwładne plastikowe manekiny.
Jak długo to trwało?
Kilka sekund.
Jakich rozmiarów była to lawina?
Nie była jakaś szczególnie duża. Dość wąski obsuw, ale długi.
A co z tą drugą grupą?
Chwilę przed zejściem lawiny zaczęli się wycofywać.
Czy dzięki temu wycofowi udało im się uniknąć ściągnięcia przez sunący w dół śnieg?
Tak. Zdecydowanie.
Czy powiadomiliście kogoś o tym, co widzieliście?
Pobiegliśmy zawiadomić obsługę schroniska, która powiadomiła dyżurnego TOPR. Dwie, trzy minuty później pojawił się śmigłowiec ratunkowy, który w momencie zgłoszenia, jak się później okazało, był w pobliżu. Chwilę wisiał nad lawiniskiem, po czym odleciał. Po półtorej do dwóch godzin w schronisku pojawili się turyści, którzy wyzwolili lawinę.
Czy miałeś okazję rozmawiać z tymi ludźmi?
Próbowałem, jednak ze względu na to, że byli oni obcokrajowcami, nie mogłem się z nimi porozumieć. Ci ludzie, którzy się wycofali nie byli znajomymi tych dwóch poszkodowanych. Po prostu chyba zasugerowali się nimi i dlatego za nimi szli w górę, nie wiedząc, że zmierzają
ku śnieżnej pułapce. Resztą, oni też pojawili się w schronie i z nimi rozmawiałem.
Więc o tym za chwilę. A w jakim byli stanie ci obcokrajowcy?
Poturbowani. Widać było, że są bardzo zmęczeni. Ich kaski były potrzaskane, ale nie mieli żadnych otarć czy siniaków, przynajmniej nie w okolicach głowy.
A co z tą drugą grupą?
Oni nie ucierpieli. Wycofali się we właściwym momencie. Mieli szczęście.
Jesteś doświadczonym turystą, znasz się na sprzęcie i poruszaniu po Tatrach w sezonie zimowym. Jak w Twojej ocenie przygotowani byli ci turyści?
Pierwsza grupa była dobrze przygotowania. Mieli właściwą odzież zimową, kaski, linę, czekany turystyczne, raki. Druga natomiast stwarzała bardziej pozory przygotowania. Poza dwoma czekanami technicznymi do wspinaczki lodowej przytwierdzonymi do plecaka u jednego z chłopaków i kurtkami z gore-texu nie widziałem innego sprzętu.
Wróćmy do uczestników drugiej grupy. Jak oni przedstawili swoją wersję wydarzeń?
Próbowali zbagatelizować sytuację. Nie czuli się winni swojej ignorancji i nieprzygotowania. Na nasze próby zwrócenia im uwagi, że nie powinni się tam znaleźć, bo zimą się tamtędy po prostu nie chodzi, usłyszeliśmy, abyśmy nie tworzyli sztucznych historii, bo przecież nikomu nic się nie stało. Że przecież się wycofali, bo przewidzieli zagrożenie i to nie oni podcięli lawinę.
Czy ci mężczyźni próbowali wyciągnąć jakieś wnioski z tej sytuacji?
W moim odczuciu nie. Wywiązała się pomiędzy nami dość gwałtowna dyskusja, w której jeszcze bardziej zarysowała się niewiedza polskiej grupy na temat zimowych warunków w wysokich górach i poruszania się w nich. Nie będę przytaczał tego sporu dosłownie, ale w finale owi turyści pożyczyli nam połamania nóg. I to tego dosłownego połamania. Byli agresywni i napastliwi, przekonani o słuszności swoich działań. Nie powiem, też byłem zdenerwowany, bo najbardziej rusza mnie ludzka ignorancja i brak krytycznego spojrzenia na to, co się robi. Zwłaszcza, jeśli ewidentnie i bez dyskusji popełniło się błąd. A przecież wszyscy bardziej zorientowani w tym rejonie wiedzą, że miejsce, w które oni poszli jest ekstremalnie lawiniaste. Komu życie miłe, wybiera wariant zimowy. Z rozmowy wynikało, że o tym nie mieli pojęcia.
W jakim wieku byli ci ludzie?
Mężczyzna w średnim wieku z kolegami i nastoletnim synem. Ojciec chłopaka był najbardziej agresywny, podczas gdy sam młody wyglądał na zszokowanego zaistniałą sytuacją. Praktycznie tylko ten ojciec się odzywał. Jak dla mnie byli to turyści, którzy przyjechali na długi weekend i nie ważąc na warunki byli zdecydowani zaatakować wybrany przez nich cel. Za wszelką cenę i nie bacząc na zagrożenie – byle do góry.
Z twojej opowieści można wysnuć taki wniosek, że nie tylko Polacy wykazali się ignorancją. Przecież ci obcokrajowcy, pomimo przygotowania sprzętowego, również nie powinni znaleźć się w tamtym miejscu.
Oczywiście. Poprzedniego dnia, jedna z turystek przebywających w schronisku i mówiąca po niemiecku, tłumaczyła im informacje odnośnie podejścia na obrany przez nich szczyt wariantem zimowym. Wraz z kolegą, w sposób jak najbardziej szczegółowy, próbowaliśmy opisać wariant, aby nie mieli wątpliwości, że znajdują się na właściwym „szlaku”. Nie znam niemieckiego, więc nie wiem, na ile tłumaczenie było poprawne. Zakładam, że było jak należy. A może to ci obcokrajowcy słabo znali niemiecki? Nie wnikam, zakładam, że się dogadali. Nie wiem, dlaczego mimo to, zdecydowali się pójść oznaczonym na każdej mapie szlakiem letnim. Jak już wspomniałem, nie umiałem się z nimi porozumieć osobiście już później w schronisku, po zejściu lawiny, nie mając pomocy tłumacza. Więc nie wiem, naprawdę.
Być może zasugerowali się mapą turystyczną Tatr, na której nie ma ponaznaczanych wariantów zimowych?
Najpewniej tak właśnie się stało. Jednak zimą wiele szlaków letnich nie jest dostępnych w sezonie zimowym. I tutaj kończy się sama umiejętność czytania mapy a zaczyna orientowanie się w poruszaniu po górach zimą. Do tego trzeba się przygotować jeszcze w domu. Zdefiniujmy sobie rejon, w którym chcemy działać i dowiedzmy się o nim jak najwięcej. A jeśli sami nie potrafimy takich informacji wyszukać, na przykład w Internecie, to musimy to zrobić na miejscu.
W jaki sposób?
Można zapytać ratownika TOPR w schronisku. To żadna ujma. A lepiej się uczyć od bardziej doświadczonych, niż na własnych błędach, które często, jak pokazuje każdy od wielu już lat tatrzański sezon zimowy, kończą się tragicznie.
Jakieś słowa podsumowania?
Aby wybrać się zimą w góry, należy mieć nie tylko sprzęt z najwyższej półki, ale przede wszystkim wiedzę o rejonie, w który się wybieramy, umiejętność samodzielnej oceny warunków pogodowych i śniegowych, a przede wszystkim szacunek i pokorę do Natury, która jest nieobliczalna. Same chęci zdobycia szczytu nie wystarczą. Należy pamiętać, że wobec gór jesteśmy bezbronni a życie i zdrowie są najważniejsze, więc bardziej niż słomiany zapał i parcie na szczyty, których zdobycie znacznie przewyższa nasze umiejętności, powinniśmy pielęgnować w sobie zmysł świadomego minimalizowania ryzyka na bazie zdobywanego stopniowo doświadczenia. Najlepiej pod okiem kogoś, kto zna się na rzeczy. Mam wrażenie, że uczestnikom opisywanych przeze mnie wydarzeń, właśnie tego zabrakło.
Dziękuję za rozmowę. Miejmy nadzieję, że wielu czytelników wyciągnie z niej pouczające wnioski.
Rozmawiała Joanna Cuper

