Burza wokół Callan'a
27.06.2007
Od ponad miesiąca na tej małej zakopiańskiej uliczce, niemal codziennie parkuje samochód policyjny albo straży miejskiej, albo kogoś z zakopiańskiego urzędu miasta, czy starostwa. - Tam na tej ulicy jedni mieszkańcy są przeciwko drugim. Doszło do tego, że ktoś tam, jak doszło do mnie, nawet chce popełnić z tego powodu samobójstwo! Już prawie wszystkie służby tam były, a ja jestem średnio co drugi dzień - podsumował konflikt, do jakiego doszło między właścicielką szkoły języka angielskiego a jej sąsiadami, wiceburmistrz Zakopanego, Wojciech Solik.
Niestety, końca konfliktu na ul. Za Cieszynianką, o którym pisaliśmy już kilka tygodni temu - nie widać.
Przypomnijmy, niektórym mieszkańcom tej ulicy przeszkadzają parkujące tam auta, należące do uczniów szkoły. Wysłali oni pismo do zakopiańskiego magistratu z prośbą, by nie poszerzano ich ulicy, tylko ze względu na jedną osobę, która ma tam szkołę językową, bo mają - jak przekonywali - dobrą drogę i szkoda na to środków.
Sprawa - w związku z pismem mieszkańców - była omawiana na poniedziałkowym posiedzeniu komisji ekonomiki. - Mieszkańcy ci chcą, by tam ustawić słupki, które, jak deklarują, sami sfinansują - wyjaśnił przewodniczący komisji, Leszek Dorula. Jednak wiceburmistrz Solik uznał ten pomysł za niezbyt trafny, bowiem według niego słupki jeszcze ograniczą, szczególnie zimą, i tak wąską drogę. W tegorocznym budżecie, wyjaśnił też, nie ma środków na poszerzenie ulicy. Wczoraj zakopiańscy radni z komisji komunalnej wybrali się osobiście na ul. Za Cieszynianką, by na miejscu zbadać sytuację i znaleźć takie rozwiązanie - jak wyjaśnił właścicielce szkoły cel wizji przewodniczący komisji, Robert Kłak - aby zakończyć konflikt. Szkoda, że wyjść z domu i przedstawić swoje racje odważyła się tylko pani Małgorzata.
Jednak choć była tylko jedna strona konfliktu, wizja nie przebiegła spokojnie. Pani Małgorzacie najwyraźniej nerwy nie wytrzymały, ale nic dziwnego, skoro - jak sama twierdziła - od października przeżywa piekło: jest szantażowana, torturowana psychicznie, co doprowadziło ją do nawet stanu przedzawałowego. - Ja 30 lat mieszkałam w Anglii i nigdy takiej nienawiści tam nie spotkałam, jak w swoim kraju - mówiła zdenerwowana. Któryś z radnych zauważył, że w Anglii nigdy nie dostałaby pozwolenia na prowadzenie szkoły, gdyby nie zabezpieczyła dla swoich uczniów miejsc parkingowych.
Jednak pani Małgorzata uważa, że w całej tej sprawie nie o parkingi chodzi, ale o odwet sąsiadów za to, że nie podpisała im zgody na nielegalne podłączenie się do jej studzienki kanalizacyjnej. - I tak zaczęła się wojna! Ja prowadzę szkołę tutaj już od 4 lat i dotąd problemów nie było z parkującymi samochodami, bo jednorazowo stoi tu sześć, siedem aut - wyjaśniła pani Małgorzata.
(hak)
Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2007/06/27
