Ten żywioł zabrał dorobek ich życia
31.07.2008
Katarzyna Bafia zajmuje małe mieszkanko w suterenie budynku przy ul. Jagiellońskiej w centrum miasta. Kobieta samotnie wychowuje dwójkę dzieci, pracuje jako dyspozytorka w centrali radia taxi. 19 lipca wraz z 16-letnim synem Sławomirem i 14-letnią córką Joanną wyjechała na trzytygodniowy urlop nad morze. Jej zakopiańskim mieszkaniem i suką Aiszą, owczarkiem niemieckim, miała się opiekować Danuta, siostra gospodyni. Rodzinny urlop jednak szybko się skończył, bo cztery dni później Katarzyna Bafia dostała telefon, że w jej mieszkaniu przy ulicy Jagiellońskiej jest woda. – Na początku myślałam, że rura gdzieś pękła. Powiedziałam więc siostrze, żeby zakręcili dopływ i po sprawie – wspomina. Jednak po kilku chwilach usłyszała, że wody jest po kolana i ciągle jej przybywa. – To mnie przeraziło – mówi kobieta. Wraz z dziećmi postanowiła natychmiast wrócić do Zakopanego. Nie spodziewała się, że zastanie mieszkanie całkowicie zniszczone.
– Woda lała się wszędzie, z umywalki, z wanny, ze ścian. Przez cały dzień, gdy ja wracałam znad morza, trzy jednostki straży pożarnej wypompowywały wodę z mieszkania. I to aż do późnej nocy – wspomina dramatyczne chwile.
Z relacji siostry wie, że strażacy byli bardzo ofiarni. Sami pakowali do worków ocalałe rzeczy. Niestety, niewiele udało się uratować. Zalaniu uległa pościel i nowe meble.
– Linoleum na podłodze zmieniłam na Wielkanoc tego roku. Łóżko kupiłam rok temu, a za meble to wciąż jeszcze mam osiem rat do spłacenia. Teraz wszystko jest zniszczone, do wyrzucenia – mówi ocierając łzy z oczu Katarzyna Bafia. Dzieci straciły komputer, na śmietnik nadaje się także lodówka i pralka.
– Przed wyjazdem nad morze kupiłam dzieciom książki do szkoły. Używane co prawda, ale przecież też coś kosztowały. Woda też je zalała, a przecież szkoła rusza już za miesiąc – mówi zrozpaczona kobieta.
Dzięki temu, że poprawiła się pogoda, jej mieszkanie trochę przeschło. Wciąż jednak ściany są wilgotne, trzeba zerwać kafelki w łazience. Niestety, lokal pani Katarzyny nie był ubezpieczony na wypadek powodzi. W końcu kto by się spodziewał w górach wielkiej wody.
– Mieszkam tu od ośmiu lat. Gdy się wprowadziłam, musiałam pomieszczenia wyremontować. Wszystko robiłam sama. Nie stać mnie było na fachowców, ale się udało. Z roku na rok kupowałam nowe sprzęty, a teraz to wszystko nadaje się do wyrzucenia na śmietnik. Jak sobie pomyślę, że muszę zaczynać od początku, to jestem w szoku. Żyć mi się nie chce – załamuje ręce pani Katarzyna.
Po powodzi dzieci mieszkały u jej siostry, ona u koleżanek. Na kilka dni, tymczasowo, dostała od gminy pokój w hotelu, w budynku po dawnym Technikum Tkactwa Artystycznego na Kasprusiach.
– Dobrze, że mam dach nad głową. Ale to połowiczne rozwiązanie. Muszę w mieszkaniu przeprowadzić gruntowny remont – podkreśla Bafia.
Liczy, że pomoże jej miasto. Zaraz po powodzi dostała 500 zł zapomogi od pomocy społecznej. Teraz czeka na gminną komisję, która oceni jej straty i udzieli pomocy finansowej.
– Ta kobieta straciła niemal wszystko. Została z tym, z czym wróciła z wakacji. Musimy jej pomóc – obiecuje Jan Gąsienica Walczak, wiceburmistrz Zakopanego.
Zanim jednak komisja wyruszy do 80 rodzin poszkodowanych przez powódź, wojewoda musi określić zasady przyznawania pomocy finansowej. – Czekamy na decyzję, czy straty będą w 100 procentach rekompensowane, czy może ustalona zostanie górna granica pomocy – zaznacza wiceburmistrz Walczak. Decyzji spodziewa się do końca tygodnia.
Będziemy wracać do sprawy pani Katarzyny i innych rodzin, które ucierpiały w czasie powodzi. Sprawdzimy, czy faktycznie dostały obiecaną pomoc i na co wystarczyło tych funduszy.
Łukasz Bobek
Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2008/07/31

