Zakopane — portal z-ne.pl

Góral z góralem zawsze się dogada

29.08.2008

Góral z góralem zawsze się dogada

Na promocji tej pozycji zebrało się wiele osób blisko związanych z festiwalem. Wśród obecnych był także Józef Pitoń, znakomity góralski gawędziarz i znawca kultury, który przyznał, że jest jedną z niewielu osób, które były obecne na wszystkich czterdziestu festiwalach. O tym, co było, i o tym, co teraz jest, rozmawiał Przemysław Bolechowski.

Panie Józefie, z zaskoczeniem usłyszałem na promocji książki Ewy Matuszewskiej „Festiwalowych wspomnień czar”, wydanej specjalnie na jubileusz 40-lecia Międzynarodowego Festiwalu Folkloru Ziem Górskich, że jest Pan osobą, która pamięta wszystkie 40 festiwali.

Mówiąc szczerze, pamiętam więcej jak czterdzieści festiwali. Trzeba bowiem wiedzieć, że imprezę się numeruje od 1968 roku. A przedtem przecież funkcjonowała już Jesień Tatrzańska i w ramach niej występowały zespoły regionalne. Nie pamiętam dokładnie dat, ale było to gdzieś od roku 1962-1963. Właśnie od tego okresu były regularne występy i ja już właśnie wtedy byłem jednym z występujących.

Czyli to nie była Pana, nazwijmy to, bierna obecność na festiwalach.

Oczywiście, że nie. Wtedy w Zakopanem działał jeden zespół regionalny, góralski, imienia Klimka Bachledy. I jako zespół, w jakimś sensie, występowaliśmy w roli gospodarza. Na samym początku występy zespołów nie miały charakteru konkursu. Miejsce, gdzie te imprezy się odbywały, cały czas się zmieniało. Pamiętam, gdy koncerty były w sali sportowej Centralnego Ośrodka Sportu przy hotelu Zakopane, potem pod Wielką Krokwią, potem znów w sali widowiskowej przy ulicy Kościuszki.

Wspominaliście Państwo, że najpierw na festiwal przyjeżdżały tylko zespoły z krajów tzw. demokracji ludowej?

Na samym początku występowały tylko polskie zespoły. Potem do nas zaczęli przyjeżdżać górale z tzw. demoludów, bo oni nie byli – jak to się kiedyś mówiło – skażeni imperializmem. Z tych też powodów nie zapraszano zespołów z krajów zachodnich. Regularnie więc gościliśmy zespoły ze Związku Radzieckiego, Rumunii, Bułgarii, Węgier czy Czechosłowacji.

Wspominając lata poprzednie, mówił Pan również, że zespół ze Związku Radzieckiego „obowiązkowo” musiał z Zakopanego wyjechać z Ciupagą?

W tamtych czasach to było naturalne. Gdyby stało się inaczej, to sytuacja byłaby nieciekawa. Wiadomo było, że skoro przyjechali, to Ciupagę mieli mieć. Pamiętam, że zawsze ze Związku Radzieckiego przyjeżdżały zespoły jako ludowe i autentyczne. To miało z autentyzmem tyle wspólnego, co ówcześni sportowcy amatorzy z krajów demokracji ludowej. Wiadomo było przecież, że najwięksi zawodowcy to niby byli amatorzy. Ale to nie była jakaś wielka polityka. Wpajano nam tylko, że to, co pochodzi ze Związku Radzieckiego, to musi być najlepsze. I było, bo musiało.

Jesteśmy w trakcie 40. Międzynarodowego Festiwalu Folkloru Ziem Górskich, na który zjechały zespoły z całego świata – można się z nimi jakoś dogadać?

Tutaj nie ma żadnego problemu. Góral z góralem zawsze się dogada. Zresztą przecież mamy takie czasy, że każdy zespół przyjeżdża już ze swoimi tłumaczami. Nie ma więc żadnych barier językowych. Choć przyznaję, że z zaciekawieniem obserwuję zespoły szczególnie z Indii czy Tajlandii. W tym roku na festiwalu mamy ciekawy zestaw zaproszonych gości. Jest co oglądać, a muzyka i taniec nie znają barier językowych.

Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2008/08/29