Zakopane — portal z-ne.pl

W Zakopanem cudu nie było, lecz tysiące kibiców – tak

17.01.2009

W Zakopanem cudu nie było, lecz tysiące kibiców – tak

– Ale postęp jest wyraźny. Adam na pewno jest zadowolony – mówił po zakończeniu drugiej serii ojciec naszego zawodnika, Jan Małysz.

Była 18.45. Właśnie grano austriacki hymn. Na najwyższym stopniu podium stał Wolfgang Loitzl, obok niego Gregor Schlierenzauer i Martin Schmitt. Pięć lat temu Loitzl zamiast słuchać narodowej pieśni, siedział w boksie swojej ekipy i płakał. Ze wstydu. To on wykonał słynny zjazd po rozbiegu tylną częścią ciała, po tym jak stracił równowagę na belce startowej. Zatrzymał się dopiero na progu skoczni. Wczoraj znów miał okazję do płaczu, ale ze szczęścia. Wygrał swój czwarty konkurs Puchar Świata w tym sezonie! I to gdzie, w Zakopanem! Ziemi obiecanej skoczków. Bo jednego po tym piątkowym konkursie możemy być pewni – na naszych kibiców wciąż można liczyć. Znów nie zawiedli, choć jeszcze kilka godzin wcześniej nie wyglądało to dobrze.

9.15 rano. W poprzednich latach o tej porze miasto już tętniło. Po ulicach płynął falujący biało-czerwony tłum, często mocno już „zmęczonych” podróżą z całej Polski kibiców. A tu szok! Dojmująca cisza. Ulice puste, straganiarze z biało-czerwonymi gadżetami kompletnie bezrobotni. Sklepy z trunkami okupowane wyłącznie przez miejscowych wielbicieli ciepła w żołądku.

12.00. Zaczyna padać śnieg. – Panocku, co to za utarg. Ledwie parę oscypków sprzedałam – narzeka jedna z handlarek. Po Krupówkach ciągnie się już rzeka ludzi, ale tu zawsze jest pełno. W czasach Pucharu Świata rzeka zamieniała się we wzburzone morze. Teraz cały czas spokój. Od czasu do czasu ktoś zatrąbi, lecz tym razem wielbiciele świstaków zupełnie nie mieli powodów do narzekań. Zwierzaki miały spokój niemal przez cały dzień.

15.30. Do konkursu ledwie godzina. Powiało chłodem. Dosłownie i w przenośni. Śnieg wali strasznie, a Małysz, który w czwartek latał jak za najlepszych lat, w serii próbnej znów niemal spada z progu. Ledwie 119,5 m. Dopiero 21. miejsce. Czyżby koszmar wracał. Schlierenzauer ląduje prawie piętnaście metrów dalej – 133,5 m. W drodze pod Wielką Krokiew też jakoś dziwnie. Nie trzeba walczyć o miejsce na chodniku. Pod samą skocznią można do ostatniej chwili legalnie kupić bilety!

16.30. A jednak. Krokiew pełna! Jak za najlepszych lat. 25 tysięcy ludzi kupiło bilety, choć były w tym roku wyjątkowo drogie – 60 i 70 złotych. Oczywiście, różnica jest ogromna, ale tylko jeśli chodzi o widzów za ogrodzeniem. Bywało ich wokół Wielkiej Krokwi i 50 tysięcy. W sobotę – może10 tysięcy. Najważniejsze jednak, że trybuny są pełne.

Małysz i spółka czują wsparcie kibiców i skaczą. Naprawdę nieźle. Trener Łukasz Kruczek wreszcie się uśmiecha po startach swoich zawodników. Zachowując wszelkie proporcje, pamiętając o brakach na liście startowej, to był jednak historyczny konkurs. Do drugiej serii awansowało siedmiu Polaków. Trzech weszło do czołowej dziesiątki. Adam, oczywiście, był najwyżej. Ten jego pierwszy skok był naprawdę niezły. 121 metrów w trudnych warunkach.

– On ma wielką moc. Rekordową! Tak samo jak Kamil Stoch. Jeśli wreszcie obaj ustabilizują technikę, to będzie ich stać na wiele. Adama na wszystko. Nawet na zwycięstwa – mówi profesor Jerzy Żołądź, który wczoraj pojawił się na skoczni po raz pierwszy od sezonu 2002/2003, gdy rozstał się z kadrą.

– Czy tęsknię za tamtymi szalonymi czasami, gdy z całą ekipą jeździliśmy po całym świecie? Gdy byłem nie tylko fizjologiem, ale też często tłumaczem Adama? Trochę tak. Poczułem znów adrenalinę we krwi, kiedy Adam wychodził z progu, ale stare czasy, oczywiście jeśli chodzi o mnie nie wrócą. Mam pracę naukową, której nie mogę rzucić. Jednak w teamie Małysz, jeśli powstanie, może będę. Nie odmówię, jeśli Adam mi to zaproponuje – zapowiada Żołądź. – W drugiej serii będzie jeszcze lepiej – dodaje na odchodne profesor. Po pierwszej było świetnie. Małysz czwarty ex equo ze Schmittemi Czechem Koudelką. Tak wysoko w tym sezonie jeszcze nie był.

18.30. Adam ląduje. Jednak nie było lepiej. Widać, że nasz skoczek jest zawiedziony lotem na 118 metr. Słabiej wypadł też Kamil Stoch – 115 m.

18.45 – grają austriacki hymn. Małysz udziela wywiadów. W sobotę kolejny konkurs. Polskiego hymnu chyba nie usłyszymy, lecz może będzie choć podium. Magia Wielkiej Krokwi wciąż działa…

Robert Małolepszy

Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2009/01/17