Zakopane — portal z-ne.pl

Wjechali na cudzą działkę i zniszczyli ją

01.12.2009

Wjechali na cudzą działkę i zniszczyli ją

Pani Anna prowadzi pensjonat na Cyrhli. Gdy w 2008 roku na sąsiadującej działce ruszyła budowa, obawiała się, że mogą z tym być problemy. Już na samym początku, gdy robotnicy zrobili wykop pod fundamenty, nagle zaczęła obsuwać się jej działka, a na wierzch wyszły kable energetyczne zasilające pompę od wodociągów. Postawiła wtedy prowizoryczny płot, aby przypadkiem robotnicy nie zapędzili się i nie przenieśli z budową na jej działkę.

Problem z sąsiadującą budową pojawił się w ostatni wtorek.

- Wtedy to rano, gdy byłam w sklepie, widziałam, że na przystanku stoi takie ogromne auto ciężarowe z betonowymi elementami - mówi pani Anna. - Popołudniem, gdy pojechałam na 15 minut do koleżanki, to auto ciężarowe wjechało na moją działkę i do ogrodu, aby wyładować betony na placu budowy. Robotnicy nie byliby w stanie przejechać swoją drogą. Wjechali na moją działkę, ściągnęli moje ogrodzenie i wyładowali betony. I teraz tam gdzie miałam wyrównany teren w ogrodzie, mam jedno wielkie bagno.

Okazało się, że auto zakopało się w ziemi i nie mogło wyjechać.

- Wtedy właśnie przyjechałam do domu. Dobrze, że zdążyłam, bo moja mama, gdy zobaczyła, że ktoś wjechał nam na działkę, to poleciała do kierowcy z siekierą. Nie wiem, co by się stało, gdybym wtedy nie dojechała - dodaje pani Anna.

Na miejsce wezwana została policja.

- Jakoś dziwnym trafem ani mnie, ani policjantom robotnicy nie byli w stanie wskazać osoby, która wydała im polecenie, aby wjechali przez moją działkę. Gdy ja ich o to pytałam, to śmiali mi się w twarz - dodaje pani Anna.

Tego samego dnia kierownik budowy zobowiązał się pisemnie, że wszystko naprawi w ciągu trzech dni. Do dzisiaj nic nie zostało zrobione. A od piątku pan kierownik nie odbiera swojego telefonu komórkowego.

- To dziwne. Byłem w piątek na budowie i wszystko wyglądało, że jest OK - mówi Andrzej Dejka, pełnomocnik inwestora, którym jest jedna z warszawskich firm. - Przyznam, że robotnicy nie mieli prawa wjechać na działkę pani Anny. Będziemy starać się naprawić szkody.

Pani Majerczyk wczoraj zleciła wykonanie kosztorysu naprawy jej drogi i ogrodu. Wyszło ok. 20 tys. zł.

- Nie zamierzam rozmawiać ani z wykonawcą ani z kierownikiem budowy. Zamierzam dochodzić praw w sądzie. Będę walczyła o pieniądze na naprawę drogi, a także o odszkodowanie za zdrowie i nerwy - zapowiada pani Anna. Wczoraj skonsultowała sprawę z prawnikiem.

Łukasz Bobek

Źródło: Gazeta Krakowska - www.gk.pl - 2009/12/01